II

1665 Words
II Tereny osiedla Rubinkowo, które w dziś widocznym kształcie zaczęto tworzyć w latach siedemdziesiątych minionego wieku, dużo wcześniej, bo w wieku XVIII należały do Jakuba Kazimierza Rubinkowskiego, polskiego kupca, toruńskiego rajcy oraz dworzanina i poczmistrza królów Jana III Sobieskiego i Augusta II Mocnego. Wieś z folwarkiem, browarem, gorzelnią, karczmą i młynem stała się po wielu dekadach dobrym zapleczem dla rozwijających się tutaj zakładów tworzyw sztucznych. Najpierw powstały ogromne hotelowce dla pracowników, które wyrosły na piaskowym gruncie niczym oaza na pustyni. Dopiero później pojawiła się zieleń i wszelka infrastruktura towarzysząca. Sklepy, których nazwy kojarzyły się z antycznymi bóstwami, szkoły dla mrowia dzieci biegających po osiedlu, kosmiczna linia autobusowa wiodąca od Saturna do Merkurego, czy klub Rubin w popularnym „kwadracie” z obleganym kinem. Dziś szary, historyczny beton przysłonił styropian z pstrokatymi barwami, a pospiesznie pikowana zieleń po brzegi wypełniła betonowo-asfaltową powierzchnię. Było już dobrze po południu, kiedy Daniel Łagodzki w końcu opuścił swoje mieszkanie położone przy ulicy Tymona Niesiołowskiego. Spękaną, asfaltową dróżką przeszedł obok szczytów dwóch bloków i jakby niepewnie przycupniętego przy nim kiosku, pomazanego wyblakłymi już graffiti. Na ulicę pod patronatem polskiego malarza, grafika i przedstawiciela formistów3, który po II wojnie światowej osiadł w Toruniu, wyszedł na wysokości kościoła pw. Bożego Ciała. Później udał się w kierunku wschodnim i po dziesięciominutowym spacerze dotarł do jak zawsze ruchliwej i hałaśliwej Szosy Lubickiej. Lipcowe słońce przyjemnie przypiekało kark, wyciskając z niego niczym z gąbki resztki potu z wczorajszym alkoholem. Poniekąd z tego powodu zdecydował się na komunikację miejską. Lekko i przewiewnie ubrany stawiając kolejne kroki, ładował swoje baterie słoneczne. Na autobus komunikacji miejskiej czekał jeszcze chwilę wraz grupką kilkunastu osób, stłoczonych wokół drzewa przy przystanku, dającego znikomy, ale jedyny w okolicy cień. Kiedy do zatoczki wtoczył się biały, niskopodłogowy MAN, nastąpiła płynna wymiana pasażerów. Daniel na szczęście znalazł swoje ulubione miejsce przy oknie. O tej porze autobusy nie były zbytnio zatłoczone. Upał odstraszał od wycieczek starsze osoby a wakacje spowodowały, że zniknęły dziesiątki uczniów i studentów przemierzających miasto zdawałoby się wzdłuż i wszerz. Swój wzrok wbił w ogromną przyciemnianą szybę, za którą migał miejski, zatopiony w pełnym słońcu krajobraz. Tylko na chwilę uciekł myślami do dzisiejszego poranka. Tajemnicza blondynka coraz mniej zajmowała jego głowę. Z każdą minutą ginęła w tłumie jednej z wielu. Widok pięknych kobiet od zawsze przykuwał jego uwagę, stąd lustrując okolicę co i rusz, często mimowolnie wyłapywał wzrokiem skąpo ubrane kobiety. Szukał już nowego obiektu pożądania. Tak po prostu miał. Tak mieli drapieżnicy. Szybko jednak uciekł myślami do najbliższej przyszłości. Miał dziś umówione spotkanie z trzema kobietami. Te jednak były zdecydowanie nie w jego kolekcjonerskim typie. Spotkania z nimi miały charakter wyłącznie biznesowy. Starsze, zamożne, często zagubione w życiu, szukające pomocy i wsparcia gdziekolwiek się da. Tak trafiały do niego. On zaś im pomagał. Z takiego przynajmniej wychodził założenia. Cierpliwie wysłuchiwał tych, które nie miały się przed kim otworzyć. Dawał nadzieje tym, które utraciły sens życia. Ukierunkowywał te, które gdzieś się zgubiły. W końcu podawał pomocną dłoń tym, które upadły i próbowały wstać. W gruncie rzeczy to one jemu podawały dłoń, z której on czytał im ich przyszłość. Tak. Był wróżbitą. Wielu uważa, że wróżenie to oszustwo i ani trochę w to nie wierzy. Przez długi czas on sam należał do grona takich ludzi. Kiedyś jednak dostrzegł w tym swoją szansę, kiedy w żartach udało mu się przewidzieć losy kilku znajomych osób. Z ciekawości sam wybrał się na taką sesję i bacznie obserwował osobę, która z przekonaniem wróżyła mu zupełne bzdury. Dostrzegł rosnące w społeczeństwie zapotrzebowanie na tego typu usługi i szybko stał się ich zwolennikiem. Zagłębił się w szeroko rozumianej ezoteryce4, która po czasie pochłonęła go bez reszty. Esoterikos z języka greckiego dosłownie oznacza wewnętrzny i skupia się na istocie duszy i wszystkich rzeczy występujących w królestwie przyrody. To pewien rodzaj skumulowanej mądrości i wiedzy o strukturach Wszechświata oraz panujących w człowieku siłach. Ponadto ta mądrość i wiedza jest narzędziem do świadomego opanowania tych sił. Koncentruje się na osobistym oświeceniu i wewnętrznych praktykach duchowych, stąd owiana jest swoistą tajemniczością i nieokreślonością. On od zawsze umiał postrzegać rzeczywistość bardziej otwarcie niż inni, często odwoływał się do duchowości i sięgał głębiej w tę sferę niż pozostali. Nie uważał tego jednak za dar, a przez wiele lat zwyczajnie bagatelizował. Ezoteryka w pewnym sensie to również tajemnica, ukryta gdzieś we wnętrzu wiedza. Aby jednak sięgnąć po tę wiedzę, trzeba szukać jej w niedostępnych miejscach, nieodkrytych jeszcze labiryntach przeszłości konkretnej jednostki. Wiedza ezoteryczna to zatem wiedza wewnętrzna, ukryta w ludziach. Stamtąd blisko było już do wróżbiarstwa, które stało się jego patentem na zarobek. Zrobił odpowiednie kursy, by zyskać na wiarygodności i nie być uznanym za szarlatana, a wrodzona błyskotliwość, otwartość i zdolność wnikliwej obserwacji ludzi stały się cechami, które uczyniły z niego dobrego i regularnie pracującego wróżbitę. Zakres swoich usług powiększał w zależności od potrzeb. Wróżył z kart, z dłoni i paznokci, z układów cyfr, z ognia i popiołu, wodnych fal. Co kto potrzebował… Metody wróżenia dobierał intuicyjnie do konkretnych ludzi. Od początku ze swojej działalności wyeliminował to, co czyniło z wróżbiarstwa groteskę – wróżenie z fusów, szklanej kuli czy odgadywanie cyfr totolotka. Najczęściej jego wieszczenie dotyczyło bliższej lub dalszej przyszłości. Badał losy ludzi, których ciekawiło, co konkretnego spotka ich w bliższym lub dalszym czasie. On starał się to odgadnąć. Dokładnie. Odgadnąć. Nikt bowiem nie był w stanie w stu procentach przewidzieć przyszłości i to ogromnie działało na jego korzyść. Człowiek jest bardzo specyficzną istotą. Jeśli tylko pozostawi mu się wystarczająco dużo przestrzeni, pozwoli mu poczuć się swobodnie i da się wygadać, można nawet zupełnie obcego człowieka poznać na tyle, że jest się w stanie przewidzieć jego przyszłe losy. I w gruncie rzeczy tym zajmował się Daniel Łagodzki. Przede wszystkim słuchał i obserwował. Wróżenie to bowiem podróż w głąb człowieka. Jeśli tylko otworzy się na tyle, że wpuści wróżbitę w swoją przeszłość i teraźniejszość niczym matematycznym logarytmem można wyliczyć jego przyszłość. Wszystko jest kwestią wyniku. To czytanie książki i przeskoczenie kilka kart do przodu. Następnie ze swoich obserwacji wyciągał wnioski i stawiał diagnozę ludzkiej duszy. Później w huraganie trudnych i często obco brzmiących terminów pseudonaukowych kreował i sugerował ścieżkę, którą jego pacjent miał obrać. Nie przypadkowo używał terminu pacjent, bowiem często czuł się jak lekarz. Lekarz dusz. Fachowo zaś nazywał się obok wróżbiarstwa doradcą ezoterycznym. To taka niezamknięta naukową bibliografią psychologia. Jego klientelę w przytłaczającej większości stanowiły kobiety. Często te starsze, dojrzalsze. Nawet nie ukrywał, że były najłatwiejszym obiektem do rozpracowania. Szukały najczęściej miłości, rozjaśnienia sytuacji, w której się nagle znalazły, przez odejście lub śmierć partnera, utratę pracy lub natłok przeróżnych, często drobnych problemów. Młodsze kobiety oczekiwały nakreślenia osobowości przyszłego partnera, pracy czy zakładanej rodziny. One też łatwo ulegały sugestiom. Jeśli przykładowo powiedział, że widzi daną dziewczynę przy wysokim szatynie, one automatycznie odrzucały wszystkie pozostałe typy mężczyzn i gotowe były czekać na niego choćby całą wieczność. Nawet jeśli ów szatyn miał nigdy nie nadejść. Przy nich należało zatem być ostrożnym. Mężczyźni z kolei nie byli cierpliwi. Oczekiwali konkretnych odpowiedzi tu i teraz. Tak się na dłuższą metę nie dało, stąd niewielu im w swojej karierze wróżył. Kobiety zresztą posiadały bardziej rozwiniętą sferę duchową, w której łatwiej było mu czytać. Swoje zajęcie potraktował na tyle poważnie, że kierując się profesjonalizmem, w krótkim czasie zyskał grono stałych klientek, które reklamowały go dalej swoim znajomym. Coraz częściej zdarzały się osoby spoza miasta. Nie korzystał z ogłoszeń i nie narzucał się nikomu jak wiele sezonowych wróżek i wróżbitów, którzy wręcz brutalnie wpychali się swoimi usługami niczym znienawidzeni domokrążcy. To też zadziałało na jego korzyść. Interes kwitł w najlepsze, a on nie rozpychał się w nim rękoma i nogami. Krok po kroku realizował taktykę opartą na mozolnym budowaniu wizerunku. Wielokrotnie odrzucał propozycje współpracy polegającej na telefonicznym czy SMS-owym wróżeniu, dzięki czemu w środowisku jego opinia również mozolnie, ale wciąż rosła. Coraz częściej pojawiał się na różnego rodzaju zjazdach i konferencjach, gdzie bywały najsłynniejsze postacie z całego kraju, pośród których on nadal pozostawał anonimowy. Jego wizerunek mocno podbudowało również miejsce gdzie udzielał swoich usług. Było to mieszkanie w jednej z malowniczych, historycznych kamienic na Osiedlu Kochanowskiego, leżącego tuż obok Starówki. W przeważającej części znajdują się tam reprezentacyjne, secesyjne XIX-wieczne rezydencje oraz kamienice pobudowane w stylu zabudowy szachulcowej5. Po wojnie zabrano obiekty ich prawowitym niemieckim właścicielom i oddano w użytkowanie rodzinom bezdomnym, przez co ich część uległa zniszczeniu i nie była modernizowana. Tam dysponował niewielkim, dwupokojowym mieszkaniem, które urządzone w starym stylu stwarzało niebagatelny klimat dla jego usług. Miejsce to było pamiątką po jego rodzinie. Dokładniej po babce, Walentynie Łagodzkiej. Poczciwej kobiecie, która w całym dotychczasowym życiu dała Danielowi najwięcej domowego ciepła, miłości i poczucia bycia potrzebnym. To jej śmierć kilka lat temu przeżył najbardziej. Był do niej mocno przywiązany i opiekował się nią do ostatnich jej dni. Syn Walentyny, a jego ojciec zmarł, kiedy chłopak miał zaledwie naście lat, a matka po kilku latach wyjechała za granicę i coraz rzadziej się odzywała. Układała sobie życie w Ameryce z jakimś emerytowanym strażakiem Samem, jak go prześmiewczo nazywał. On sam w sobie nie czuł jakiejś potrzeby komunikowania się z nią. Nigdy nie odbierali na tych samych falach. Teraz ich relacje przez znaczną odległość umierały śmiercią naturalną. To byli jego przybrani rodzice, Daniel był bowiem dzieckiem adoptowanym, a swojego biologicznego ojca i matki po prostu nie znał. Z tego co wiedział, oboje tragicznie zginęli, kiedy on był kilkuletnim chłopcem. Nie pamiętał ich. Nie pamiętał żadnej sceny z życia, w której uczestniczyłby jego prawdziwy ojciec i matka. Leon Łagodzki, pokazał kiedyś chłopakowi ich zdjęcie, skopiowane gdzieś z dokumentacji adopcyjnej, jednak wówczas nie poczuł zupełnie nic… Tak jakby to byli zupełnie obcy ludzie. Później oboje nie podejmowali już tego tematu. Daniel żył dniem bieżącym, nie wracał do przeszłości i rzadko oglądał za siebie. Kiedy zaczął przywiązywać się do Leona, ten nagle zmarł. Widząc chłód w relacjach z matką do akcji wkroczyła babka Walentyna i jakoś resztkami sił wyciosała z Daniela mężczyznę, którym był dzisiaj. Za to był jej wdzięczny. Za to ją szanował. Z każdym rokiem życia coraz bardziej. I pewnie nie byłaby zbytnio zadowolona z jego tajemniczej szkatułki, ale każdy miał przecież w sobie jakieś tajemnice…
Free reading for new users
Scan code to download app
Facebookexpand_more
  • author-avatar
    Writer
  • chap_listContents
  • likeADD