Rozdział 3. Kuźnia Raciborska

1340 Words
Rozdział 3. Kuźnia RaciborskaSobota, 3 września 2022 (rano) Deszcz nie przestawał padać. Jakby wszystko, nawet pogoda, było tego dnia przeciwko Dantejowi. Ciągnął za sobą zwłoki niczym przysłowiową kulę u nogi. Wmawiał sobie, że to nie brak szacunku dla żywej do niedawna istoty ludzkiej, lecz konieczność. Z pewnością uniósłby tę być może ledwo pełnoletnią dziewczynę i poszukał pomocy, gdyby miał w sobie więcej siły. Fizycznej, aby ją podnieść, i mentalnej, by zmierzyć się z konsekwencjami. Teraz jednak liczyło się tylko to, by jak najszybciej schronić się przed deszczem. Wierzył, że na ciele mogą być jakieś ślady. Wiedział przecież, że to nie on zabił. – Ale jak można być pewnym, skoro się nie pamięta? – zapytał sam siebie. Popatrzył w niebo z pretensją. Deszcz na początku przeszkadzał, a teraz zdawał się go cucić, rozjaśniać umysł. – A jak będę ją tak ciągnąć, to nic nie zatrę? Bez sensu – pomyślał, stojąc bezradnie pośrodku lasu z nieznajomym trupem. Nie mógł go porzucić, nie mógł uciec, musiał coś z tym tematem zrobić. Uznał, że schroni się przed lejącym deszczem i pomyśli. Na trzeźwo. Tak na spokojnie, o ile pozwolą na to okoliczności. W całym tym pechu poczuł, że jednak szczęście się do niego uśmiecha. Zobaczył oddaloną od niego o jakieś 200–300 metrów drewnianą wieżyczkę. Z pewnością używają jej tutejsi ornitolodzy, myśliwi, fotografowie czy też kłusownicy, aby spokojnie podglądać zwierzynę i naturę. Tymonowi w końcu udało się podnieść zwłoki i niósł je teraz w kierunku wieżyczki z mniejszymi wyrzutami sumienia. Wciąż nie miał czasu przyjrzeć się ciału i zastanowić się nad tym, kim może być. Deszcz nie tylko lał coraz mocniej i mocniej, ale i wezwał posiłki w postaci silnego wiatru. Tymon powstrzymał się od przeklinania na naturę, nie chcąc znów kusić losu albo po prostu nie miał na to sił. Czuł, że słabnie, ale w końcu doniósł swoją towarzyszkę pod drewnianą wieżyczkę. Nie potrafił dobrze określić pory dnia, więc nie oceniał stanu technicznego tej dwumetrowej wieżyczki. Musiał jednak zastanowić się, w jaki sposób wejść na górę z przykutym do siebie trupem. Dziewczyna ważyła jakieś pięćdziesiąt, ale Tymon był tak wyczerpany, że wydawało się jakby miała ze trzydzieści kilo więcej. – I po co właściwie mam tam wejść? Liczę, że coś znajdę? Wskazówki? Jedzenie? Telefon czy wodę? Kurwa, rebus jakiś może? – pomyślał i uznał, że lepiej będzie po prostu schować się pod tą wieżą i przeczekać deszcz. Poczeka, pomyśli, a prędzej czy później na pewno zjawi się tu jakiś myśliwy czy inny fan lasu i zobaczy go w towarzystwie trupa. Będzie szok, magiczne: „to nie tak jak myślisz”, a potem kogoś wezwie i zaczną się wyjaśnienia. Albo po prostu ucieknie przestraszony i zabawa w „martw się o martwego” rozpocznie się od nowa. Dantej ułożył ciało obok siebie, tym razem z pietyzmem, jakby chciał oddać cześć ofierze. Nie bał się już tego trupa. Przypatrywał się bladej twarzy. Wyglądała dość niewinnie, nawet dziecinnie. Delikatnie. Bez blizn, bez makijażu. Oczyścił ją z ziemi i liści, które nagromadziły się podczas ciągnięcia. Zostawił za sobą ślad i wiedział, że trzeba się będzie z tego tłumaczyć. Ale chyba był to winien swojej ofierze. – Nie, towarzyszce. To nie ja – pomyślał i znów przyjrzał się zwłokom. – Przepraszam – powiedział już na głos. Nie był specem od trupów, ale uznał, że ta młoda kobieta nie została zabita dawno. Zwłoki jeszcze nie spuchły i nie cuchnęły, chociaż lada chwila może się to zmienić. Tymon próbował złożyć w całość to, co widzi. – Krótkie, czarne włosy, właściwie męska fryzura, trochę irokez? Koszulka z Iron Manem? Nie, to Iron Maiden – poprawił się Dantej. Kobieta była ubrana na czarno. W takim kolorze była jej ubrudzona błotem koszulka, jeansy z dziurami i być może często tę stylizację uzupełniały glany, ale w tym momencie była boso. – Morderca zabrał buty czy zgubili je po drodze? Albo to jakiś znak? Boso? Boss? Po angielsku „szef”? Albo coś z filmów Tarantino? – Tymon pamiętał, że Quentin Tarantino to fetyszysta damskich stóp. Wprawdzie ten reżyser odpadał jako winny śmierci dziewczyny, ale kto wie, może zabójca sugerował coś z jego twórczości? Dantej tworzył w głowie irracjonalne wnioski, ale po prostu chciałby, aby trup coś mu powiedział. – Powiedziała – poprawił się w duchu, by nie odbierać zwłokom osobowości. To przecież czyjaś córka, dziewczyna, koleżanka, a nie nieruchomy zbiór kości, mięsa i krwi. Dlaczego jednak właśnie z tym kimś Dantej obudził się w środku lasu? Przyjrzał się stopom. Nie były pokaleczone, więc albo ostrożnie stąpała po lesie, albo w ogóle przed nikim nie uciekała. Może zatem nie była aż tak nieznajoma. – Albo uciekała w butach, a potem ktoś jej te buty zabrał, gdy było po wszystkim? – pomyślał pisarz. Uruchamiał wyobraźnię, wczuwając się w umysł sprawcy. A jeśli przywoływał wspomnienia tego, co zrobił? Znów przeszukał kieszenie swoje i towarzyszki. Kompletnie nic. Pozostało czekać. Tylko na co? Jeśli znajdzie go tak policja, to skończy jako pierwszy podejrzany. Prokurator będzie sypał zarzutami jak z rękawa. A jak się obroni? Amnezją? Nie wiadomo, co znajdą technicy. Jeśli ktoś się postarał z wrobieniem, to dowody się znajdą. – A jeśli ja to zrobiłem!? Od razu do pierdla i… nie, moment, nie powtarzajmy mojego prywatnego kryminału – stwierdził Dantej i mimowolnie pogładził się po mokrej, długiej brodzie. Być może pomysł ruszania się z miejsca i ciągnięcia za sobą trupa był bez sensu, ale przyznał, że siedzenie na dupie nie było wcale kreatywniejszym rozwiązaniem. Po prostu schował się przed deszczem pod wieżą. Nie czuł tu jednak spokoju. Miał wrażenie, że cały las na niego patrzy. Już nie same drzewa, lecz nawet zwierzęta. Spojrzał na trupa i zaschniętą tu i ówdzie krew. Patologowi policyjnemu coś by to powiedziało, natomiast Dantejowi uzmysłowiło coś innego. Krew przyciąga drapieżniki. – Czy ja jestem w oceanie i dookoła mają krążyć rekiny? Dantej, uspokój się – przemawiał do siebie, spoglądając dookoła. I wtedy jego wyobraźnia zdawała się zmaterializować. Wprawdzie nie zobaczył rekina, ale jakieś 30–40 metrów dalej wpatrywał się w niego wilk. Nie wiedział, jak długo i co zaraz nastąpi, ale stereotyp kazał sądzić, że nie podejdzie ich przyjaźnie polizać. Dantej wątpił też w swoje szczęście, zatem nie trafi na wilka wegetarianina. Kto pogardziłby tyloma kilogramami mięsa, które samo przyszło i położyło się na stół? Szczególnie że gdzieś może być reszta watahy. Nie wykonując nerwowych ruchów, Tymon zbliżył się do wejścia drewnianej wieżyczki. Nawet przypomniał sobie, jak się to nazywa. Czatownia lub ambona – pomyślał. To nie miało jednak znaczenia, wilk nie poczeka spokojnie, aż wejdzie na górę i nie wysłucha kazania, gdy pisarz znajdzie się w bezpiecznej ambonie. – Może wyjściem będzie znalezienie jakiejś gałęzi do obrony? Nie, po prostu wejdę i… tyle. Wilk wciąż stał nieruchomo. Dantej zastanowił się, czy to nie jakiś lokalny duch. Może reinkarnacja przypiętej do niego martwej kobiety, która szuka zemsty? Zdecydowanie wolał nie przekonywać się o materialności zębów stworzenia, gdy jednak zdecyduje się posmakować ludzkiego mięsa. Z ciekawości, z głodu, z poczucia zagrożenia. Powód ataku nie byłby ważny. Dantej nie był specem od wilków, wiedział, że są pod ochroną i za zabicie takiego osobnika grozi nawet kilka lat odsiadki, ale… miał to teraz wszystko gdzieś. I tak groziło mu więzienie. Opanował nerwy, zebrał siły, uniósł zwłoki i zarzucił je sobie na plecy. Z trudem wdrapał się po drewnianej drabinie i zameldował się w tymczasowym azylu w towarzystwie trupa. Odetchnął i oparł się o ścianę. Oddychał głęboko, patrząc na zwłoki. – Pewnie patrzysz na to wszystko z góry lub z dołu, w towarzystwie gości z rogami albo skrzydłami. W przyjemnym śródziemnomorskim klimacie lub totalnym gorącu. I masz niezły ubaw ze starego Danteja. Ale mówię ci… Nagle monolog Tymona został zagłuszony wyciem wilka. Ten dźwięk przebił się przez mocno padający deszcz i trafił prosto do uszu Danteja. Przełknął ślinę, a potem wyjrzał nieśmiało z ambony. Po wilku nie było śladu… Czuł, że serce wali mu jak oszalałe. Nie wiedział, jak interpretować wycie. Groźba? Przywołanie watahy? Znak do odwrotu? Albo jakaś odpowiedź z zaświatów od jego towarzyszki. Jakby chciała potwierdzić, że Dantej ma rację i to, co mu się teraz przytrafia, strasznie ją bawi...
Free reading for new users
Scan code to download app
Facebookexpand_more
  • author-avatar
    Writer
  • chap_listContents
  • likeADD