Rozdział 4. Opole

1390 Words
Rozdział 4. OpolePiątek, 2 września 2022 (rano) Może pojechać emzetką na Dworzec Główny i zobaczyć, jak tam remont? Albo powkurzać staruszki w centrum handlowym? Albo iść połazić na Bolko i policzyć mlecze na polu? A może przejrzeć śmietniki obok McDonalda? Wrocławska czy Malinka, który lokal uliczny wybrać? – Gdy masz nadmiar czasu wolnego i w twoim życiu brakuje jakiegoś celu, nawet najdrobniejszego, celujesz w takie rzeczy. Kiedy jesteś bezdomnym. W takim położeniu znajdował się teraz Tymon. Stał się żulem, zwykłym bezpańskim psem, który musiał szukać nie tylko sposobu na przeżycie, ale i zabicie nudy. Tak, włóczędzy potrzebują rozrywki tak samo mocno jak taniego wina. Gdy rozważania Danteja przerwał inny bezdomny, kładąc mu dłoń na ramieniu i z charakterystyczną chrypką powiedział: „Panie kierowniku, sprawa jest”, Tymon odsunął się odruchowo. Spojrzał na drugiego żula. Nie miał tak długiej, zaniedbanej brody jak Dantej. Był znacznie chudszy, pewnie młodszy i mógł się pochwalić bluzą marki Nike w całkiem niezłym stanie. – Kierowniku, suszy. Dasz łyka? Bo mnie ochrona nie wpuściła. Daj łyka – poprosił chrypliwie. Tymon zawahał się, ale po chwili grzebania w najbliższym koszu na śmieci, znalazł pogniecioną plastikową butelkę i odlał do niej część swojej wody. Wręczył ją nowo poznanemu koledze, a ten wypił ją na raz. Po wszystkim głośno beknął, czym zwrócił uwagę przechodniów. Spojrzeli na dwójkę mężczyzn z odrazą, ale nikt nic nie powiedział. Bezdomny zaśmiał się głośno. Szukał zaczepki. – Widzisz, kierowniku, te ludziska nas widzą, tylko gdy damy znać, żeśmy są. Tak jak muchy, kurwa, jesteśmy, tylko czekają, byśmy zdechli – powiedział podpity żul, chwiejąc się przy tym. Ewidentnie miał w sobie jeszcze sporo procentów. Dantej chciał odejść bez słowa, ale włóczęga znów go zagadał. – Roki jestem – przedstawił się z uśmiechem, imitując ciosy bokserskie. – Wiesz, Roki, co… – …chwieje się na boki – dodał Dantej z uśmiechem. Ryzykował nieco takim żartem, ale jako pozbawiony domu i przyszłości menel nie miał już nic do stracenia. Poza życiem, choć to i tak słaba waluta. Roki spojrzał badawczo na Danteja. Zachwiał się i roześmiał. – O kurwa, kierowniku. Roki, Roki, bierze dupę za boki – zrymował z uśmiechem. Zęby miał żółto–brązowe, a Tymon uznał w duchu, że raczej dawno żadnej „dupy za boki” nie brał. Nie sądził, że którakolwiek z normalnych kobiet poszłaby z nim do łóżka. Chyba że miał powodzenie wśród tych bezdomnych? No tak, muchy ciągną do much. Mężczyzna zbliżył się chwiejnie do Tymona i wyszeptał mu na ucho ostrzeżenie: – Spierdalamy stąd, psy idą. Roki bierze dupę w troki. – Wskazał na parę policjantów maszerujących po drugiej stronie ulicy. Właśnie schodzili do przejścia podziemnego na ul. Koszyka. Zaraz mieli znaleźć się pod Rossmannem, pod którym dywagowali Tymon i Roki. Woleli uniknąć tłumaczenia się przed policjantami, więc uznali, że czas na taktyczny odwrót. Nie mając nic lepszego do roboty, ruszyli razem w stronę Odry. Minęli Lidl i skręcili w prawo. Gawędząc po drodze, szli po wałach i skierowali się w stronę ulicy Krapkowickiej. Weszli na wiadukt kolejowy. Maszerowali w kierunku dworca głównego PKP. – Roki, a ta Baśka, co o niej opowiadasz, to fajna jakaś? Tak serio? – pytał Tymon, podtrzymując rozmowę. – Barabara, Roki toki tak, jak ma ochotę, to daje ci znak – zanucił Roki i zarechotał wniebogłosy, aż spłoszył siedzące na wiadukcie gołębie. Tymon uznał, że nie ma co ciągnąć tematu bezdomnej, która, jak to określił Roki, daje ciała i „tacza za winiacza” albo że „Roki zaglądał w jej kroki”. W duchu pochwalił wyobraźnię towarzysza, bo założył, że w większości to bełkot i wyobraźnia pijanego, napalonego faceta. Chama, ale trochę go rozumiał. Sam od dawna nikogo nie miał i obawiał się, do czego popchnie go desperacja. Tymon polubił Rokiego za tę gadatliwość, lecz to jeden z tych gości, którzy o 18:00 z tobą piją, a o 18:05 cię biją. Ksywa Roki nie wzięła się znikąd… Zresztą, patrząc na niego, można było założyć w ciemno, że życie nieraz posłało go na deski. I to nie o deski teatru chodziło. – Być może z własnej winy znalazł się tu, gdzie się znalazł – pomyślał Tymon, zastanawiając się również nad swoim losem. W czym był lepszy? Zatrzymał się i spojrzał z wiaduktu na dół. Odra parła przed siebie, nie oglądając się na gapiącego się w nią bezdomnego przegrywa. Zanurzył się w myślach, a może powinien w Odrze? Zastanowił się, czy nie czas z tym skończyć. Z chwilowego zawieszenia wyrwał go chrypliwy głos Rokiego: – Rusz dupę, bo nas sokiści dupną. Albo cię pociąg jebnie! Tymon pogładził swoją długą brodę i posłuchał kumpla, a raczej tymczasowego towarzysza, bo nie zakładał wchodzenia w dłuższe relacje z kimś takim. Nie po to został bezdomnym, aby wysłuchiwać gderania innych czy być zmuszanym do zajmowania się kimkolwiek. Był jak mucha, jak gołąb, jak skunks, któremu każdy daje spokój, bo boi się smrodu. Bezdomny ma być wolny i nie przejmować się niczym. Tak chciał Dantej. Na dworcu spotkał kilkoro innych włóczęgów. Nie było wśród nich Baśki, o której tak opowiadał mu Roki. Grupa przesiadywała na peronie numer 4. Głośno dyskutowali o różnych tematach – polityce, sporcie, własnych historiach. Raczyli się tanim winem, czując się bardziej jak grupa hipisów, niż ekipa bezdomnych żuli. Dantej został przedstawiony ekipie przez Rokiego. Mając zapas wina, raczej go jednak ignorowali. W końcu Roki zapragnął go poczęstować trunkiem Grubego Jakuba. Ten, widząc to, uruchomił się nie na żarty. Wyrwał wino w plastikowej butelce i przylgnął do niej ustami. Nie oderwał ich od butelczyny dopóty, dopóki nie wypił całości. – Nie będziesz obcym mojego winiacza dawał. Nie znam tego gosteczka brodacza – powiedział, mierząc Danteja wzrokiem. Roki tylko czekał na taką okazję i za chwilę miało dojść do bójki. – A co ty taki jesteś, kurwa, cham? To mój kolega. Opowiedział mi, jak go jedni gówniarze potraktowali. Chuje nieletnie go z namiotu przy Nysy Łużyckiej wyciągnęli dziś i psicho mu namiota rozszarpało – wygłosił Roki, skupiając uwagę grupy bezdomnych. Tymonowi źle było na świeczniku. Miał zamiar stąd zniknąć i znów zażyć spokoju. – No to co? Nie mógł im wpierdolu spuścić? Jakąś igłą starą postraszyć? – zapytał Gruby Jakub. Tymon ewidentnie mu podpadł. Jak to mówią? Szukasz przyjaciół, znajdziesz guza. – Ciekawe, czy ty byś taki cwany był, jakby cię amstafem poszczuli – wyparował Dantej bez zastanowienia. Gruby Jakub był zdecydowanie większy. Być może będzie trzeba uwierzyć, że Roki jednak ma coś z filmowego Rocky’ego i będzie mu się chciało obronić brodatego pisarza żula. – A skąd ty, panie, namiot w ogóle miałeś? – dopytywał Jakub, gładząc łysą czaszkę. – Zajebałem kiedyś spod Karolinki, pod Decathlonem stały i chyba się stróż wysrać poszedł. Ty też byś dał radę. – Ja ci dam radę. Wypierdalaj, taka moja rada – wypalił Jakub i ruszył w kierunku Danteja. Roki nie zawiódł i znienacka przywalił Jakubowi. Cios jednak nie był na tyle mocny, by powalić pokaźnych rozmiarów faceta. Zmierzył gniewnie Rokiego i patrzył, jak ten tańczy niczym rasowy bokser. Kolejne wymiany ciosów sprawiły całej grupie dużo radości. Otoczyli bijących się i kibicowali to jednemu, to drugiemu. Jak już wspominałem, gdy nie masz co robić z czasem, każda rozrywka jest na wagę złota. Gdy jednak pojawiło się kilku sokistów, bezdomni się rozpierzchli. Rokiego zatrzymali, a właściwie sam się zatrzymał, bo poplątały mu się nogi i upadł na tory przy peronie 4. Sokiści go podnieśli i mówili coś, czego uciekający Dantej już nie usłyszał. Chwilę później znalazł się przed dworcem. Łapał oddech i spojrzał w kierunku przebudowanego niedawno centrum przesiadkowego w Opolu. Zostało postawione w miejscu starego placu, który udawał główny dworzec autobusowy. W rzeczywistości wszystko kojarzyło się tu z siedliskiem żuli i fanów hazardowych gier maszynowych. Strach było tu wysiadać, wstyd było wysiadać. Na szczęście dla Opola, prezydent miasta wziął się za to miejsce i zmienił w piękny budynek z efektywnym systemem przesiadkowym dla autobusów. Były trudności, przedłużały się terminy, mieszkańcy marudzili, była uciążliwa reorganizacja ruchu, ale udało się. Okolica zmieniła się nie do poznania i nikomu już nie było wstyd witać tu kogoś, gdy przyjechał do Opola. Tymon zastanowił się, co robić. Straż ochrony kolei go nie goniła, ale dojrzał z daleka straż miejską i uznał, że zaraz znajdą jakiś pretekst, aby się do niego doczepić. Będąc żulem, czuł się niewidzialny dla zwykłych ludzi, natomiast miał wrażenie, że mundurowi widzą go wszędzie. Albo on ich? Nieważne. Nie miał ochoty na takie spotkanie. Wolał pozostać wolnym tak długo, jak tylko mógł...
Free reading for new users
Scan code to download app
Facebookexpand_more
  • author-avatar
    Writer
  • chap_listContents
  • likeADD