Rozdział 5. Kuźnia Raciborska

1163 Words
Rozdział 5. Kuźnia RaciborskaSobota, 3 września 2022 (rano) Dantej czuł, że pytania rodzą mu się w głowie jak grzyby po deszczu. Nie było jednak żadnego śladu odpowiedzi. Gdyby porównać jego umysł do lasu, to można powiedzieć, że to puszcza – ogrom przestrzeni, w której może być wszystko, ale by coś znaleźć, najpierw trzeba wiedzieć, czego się szuka. Tymon błądził teraz we własnej głowie w poszukiwaniu odpowiedzi na chaotycznie zadawane pytania. Może to wszystko było złym snem? – pomyślał, leżąc zwinięty w kłębek w drewnianej czatowni leśnej. – Może to wszystko było złym snem? – powiedziała towarzyszka mężczyzny. Gdy otworzył oczy, młoda kobieta powtórzyła te słowa. Odruchowo odskoczył do tyłu i omal nie spadł z drewnianej wieżyczki. Przerażony przywarł do ściany. Krótkowłosa dziewczyna w czarnej koszulce z Iron Maiden wpatrywała się w niego z delikatnym uśmiechem. Tak jak wcześniej była boso, a jej dziury w jeansowych spodniach były efektem mody, a nie brutalnego ataku niedźwiedzia czy pijanego krawca. – Co jest, kurwa – bardziej stwierdził, niż zapytał Tymon. – Słyszałam już gorsze wyzwiska. Musisz się bardziej postarać – odparło dziewczę. Patrzyli się tak na siebie przez dłuższą chwilę, każde oparte o przeciwległą ścianę w ambonie. – Nie, zaraz, ty przecież… – mamrotał Tymon. Wstał i rozejrzał się dookoła. Deszcz już nie padał. Drzewa nie kołysały się na wietrze, wszędzie panowała zupełna cisza, a widoczność wynosiła może metr lub dwa. Wszystko dalej spowijała bowiem gęsta mgła. – Że nie żyję? Na to by wyglądało. Ale czemu ze mną rozmawiasz? Może ty też… no wiesz, także nie... – Wydawała się całkiem spokojna, wręcz rozbawiona reakcją Danteja. Próbował się ocucić. – To tak chyba nie działa. Weź się w garść! – Młoda kobieta wstała i uderzyła towarzysza w twarz. Nie czuł bólu. – Widzisz. Tu już nic nie boli – stwierdziła i znów usiadła, tym razem po turecku. – Czyli ja nie żyję? A ty jesteś moim, kurde, aniołem? – zapytał Tymon. – Skąd pomysł, sorry, skąd pewność, że dostałbyś anioła, a nie, no wiesz, diabła? – Dziewczyna się uśmiechnęła i palcami wskazującymi udała, że ma na głowie rogi. Milczał przez chwilę, zastanawiając się na, ile to wszystko jest realne oraz jak uciec z tego koszmaru. – Zastanawiasz się, na ile to wszystko jest realne i jak uciec z tego koszmaru? – zapytała. – To nie jest takie łatwe. Być może to ja jestem kluczem do twojej wolności. A wiesz, jak to jest z kluczami, mogą zamknąć drzwi, mogą je otworzyć. – Powiedzmy, że już mam doświadczenie, może problem z odróżnianiem realności od snu. Jestem… – ...pisarzem, tak jest. „Kryminał prywatny” i te sprawy. Zapomniałam ci podziękować. – Za co? – Za to, że nie traktujesz mojego ciała jak ścierwa. Mogłeś przecież po prostu znaleźć jakiś kamień, wielką gałąź i pogruchotać moją rękę. Wtedy bez problemu byś się uwolnił, wyjął moją dłoń z kajdanek i uciekł. Chociaż wiem, szok jest na bakier z logiką. – Czy to ja cię… wiesz… – mówił Tymon, jakby bał się zadać pewne pytanie. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że już nie jest przykuty do zwłok. Nie było śladu po kajdankach. – Tego ci nie powiem. Istnieję tylko w twojej głowie. Albo jestem duchem i mówię, że jestem w twojej głowie, a całość jest bardziej, że tak powiem… boska, diabelska i zaświatowa? – Zaświatowa dziewczyna? – Podoba mi się to określenie. Gdybyś napisał o mnie książkę, to byłby całkiem dobry tytuł. Ale na razie nie interesuje mnie, jaką opcję wybierzesz. Duch czy wymysł wyobraźni... Nie spoczniesz, dopóki nie dowiesz się, kim jestem, co? – mówiła, świdrując wzrokiem Danteja. Czuł, jakby znała go lepiej niż on siebie. – Jesteś pewna? – zapytał, a ona powoli kiwała głową. – Kiepski ze mnie detektyw. – Nie do końca dano mi wybór, wiesz? Inaczej. Ktoś w ciebie wierzy. Albo jednak sam w siebie wierzysz. Przynajmniej w podświadomości. – Czekaj. Obudziłem się w środku lasu. Ty byłaś przykuta do mnie i… – ...martwa. Nie bójmy się tego określenia. Nie żyję. I to z jakiegoś powodu. Myślisz, że to ty, ale po chwili odrzucasz tę myśl. Spokojnie, będzie powracać. Jak ja. W twoich snach. Majakach. I tak dalej. Znów będziesz mógł wybrać – duch czy element podświadomości. – Znałem cię? – zapytał Tymon. Dziewczyna rozłożyła szeroko ręce. – A ty mnie znałaś? – znów zapytał, ale ona tylko powtórzyła gest. – No tak, lepiej, gdy kobieta przed obcym rozkłada ręce niż nogi – palnął Tymon, a dziewczyna się zaśmiała. – O proszę. Poczucie humoru wraca. Zaczynasz znowu być sobą? – To niekoniecznie dobrze. Mam jakąś amnezję albo nie wiem? Może powinienem cię po prostu ignorować i zobaczyć, co się wydarzy. – Dantej odwrócił się plecami do towarzyszki. Był poirytowany całą sytuacją. Spojrzał we mgłę, próbując coś dojrzeć i kontynuował wywód. – Jesteś zwykłym… – Poczuł na karku lodowaty oddech. Obrócił się powoli i zobaczył przed sobą twarz dziewczyny. Znów była trupioblada, brudna i ze śladami zaschniętej krwi. – ...trupem? – powiedziała przerażającym, przeszywającym uszy głosem, a Dantej odchylił się do tyłu ze strachu i wypadł z drewnianej wieży. Opadł prosto w gęstą mgłę, nie czując upadku. Obudził się, łapiąc łapczywie oddech. Jakby ktoś czy coś ścisnęło go za szyję i dopiero powoli odpuszczało. Znów był w drewnianej czatowni. Znów padał deszcz. Znów był przykuty kajdankami do martwej dziewczyny, która teraz milczała. Nie wiedział co myśleć o tym, co się przed chwilą wydarzyło. Jeśli w ogóle się to wydarzyło. Tymon patrzył teraz na swoją towarzyszkę, z którą jeszcze przed momentem rozmawiał. Ponownie była niczym kukła przywiązana do właściciela. Bez życia. Bez rozwiązania. Dantej zastanowił się nad swoim położeniem. Wciąż czuł się osłabiony, ale ta nieoczekiwana drzemka na pewno mu pomogła. Może rzeczywiście powinien poszukać czegoś, co pozwoliłoby mu odciąć dłoń bezimiennej dziewczyny i po prostu uciec? Perspektywa była kusząca, może nawet logiczna, ale dość makabryczna. Jednak przecież wróciłby tu z policją, zabraliby ciało to laboratorium, wszystko by się wyjaśniło. Wiedział, że zwłoki mu towarzyszące są w dość dobrym stanie. Ciało jeszcze nie spuchło, robactwo nie zleciało się na wyżerkę. Tymon powtórzył w głowie wniosek, że musiała zginąć niedawno, a ten wrześniowy dzień był już bardziej jesienny niż letni. Wszystkie sprawy związane z rozkładaniem się ciała były jednak nieuchronne. Wystarczy trochę posiedzieć w towarzystwie zwłok i czekać, aż ciało samo się rozpadnie, a potem zniknąć. Ktoś ją znajdzie, a Tymon będzie już daleko. Odpocznie, może wróci do domu. Może będzie śledził wszystkie serwisy informacyjne, licząc, że ktoś wyjaśni tę sprawę. – Muszę grać na… zwłokę – pomyślał Dantej. Mimowolnie przyszło mu do głowy, że martwej towarzyszce spodobałby się ten żart. Była to myśl absurdalna, bo przecież z nią nie rozmawiał. Być może w ogóle jej nie znał, a wizja sprzed kilku minut to tylko projekcja jego pokręconego umysłu. Duchy nie istnieją. A nawet jeśli gdzieś się pojawiają, to chyba nie po to, by robić sobie żarty z biednego Tymona. Żartem czy iluzją nie było jednak to, że ktoś się tu zbliżał. Słuch nie mylił Danteja. Wyjrzał ostrożnie z czatowni i zobaczył nadjeżdżającego rowerem mężczyznę… Szansa czy zagrożenie?
Free reading for new users
Scan code to download app
Facebookexpand_more
  • author-avatar
    Writer
  • chap_listContents
  • likeADD