Rozdział 6. Opole

2081 Words
Rozdział 6. OpolePiątek, 2 września 2022 (popołudnie) Na górze róże. Na dole fiołki. Ja cię zabijam, a ty zbijasz bąki – takie słowa rozbrzmiewały w głowie Tymona, gdy obudził się przytwierdzony twarzą do kałuży. Dookoła panowała całkowita ciemność. Nie potrafił zrozumieć, czy jest w wielkiej, czarnej przestrzeni, czy może w ciasnym kwadracie. Podniósł twarz, spojrzał w kałużę i zobaczył swoje odbicie. Brodatego, bezdomnego żula. Kałuża zaczęła stawać się czerwona. Zmieniła się w krew. Tymon odsunął się, gdy zaczęła się z niej formować postać. Nie miała oczu, ale wiedział, że mu się przypatruje. Rzucił się do ucieczki, mimo pewności co do irracjonalności tego rozwiązania. Biegł i nie oglądał się za siebie. Dopiero po chwili zauważył, że nie słyszy własnych kroków. Niczego nie słyszał. Nawet gdy zaczął krzyczeć i tupać nogami. – Tak wygląda piekło? – zapytał sam siebie, ale odpowiedź padła zza jego pleców, gdy postać z kałuży krwi znów się pojawiła. Tuż za nim. Bał się odwrócić, a ta zjawa przemówiła: – Każdy ma swoje piekło. Czy dla ciebie jest nim cisza? Czy ty w ogóle możesz żyć w ciszy? Może wbrew pozorom bywa dla ciebie zbawienna? – pytała postać, u której uformowało się coś na podobieństwo dłoni dzierżącej nóż. Reszta jej ciała wyglądała jak manekin. – Cisza, wieczna cisza. Nikogo nie okłamiesz, nikt nie okłamie ciebie. Nikogo nie obrazisz, nikt nie obrazi ciebie. To twoje zbawienie, zamilknąć na wieki! – krzyknęła przeraźliwie postać z czerwonej krwi i wbiła ostrze w plecy Tymona. Przeszło na wylot i przebiło jego serce. Obudził się, krzycząc na ławce. Zdał sobie sprawę, że znów miał koszmar. Znów tak realny. Rozejrzał się dookoła. Kilka osób spacerowało z psami, a on tym razem nie był zdezorientowany. Dla odmiany wiedział, gdzie się znajduje. Park sensoryczny na Malince w Opolu. – Do Krzemienieckiej tak niedaleko – pomyślał z tęsknotą. Miał tak blisko do domu, a jednocześnie nie chciał tam wracać. Nie teraz. Zwalczył w sobie chęć powrotu i zwlekł się z ławki pod drewnianym dachem. Gdyby miał zegarek, spojrzałby na niego, aby dowiedzieć się, która godzina. Miałby jakieś plany. Może chociaż zegarek na ręce odmierzający czas do czegoś. Nawet do śmierci? Nie miał nawet tego, a musiał coś ze sobą zrobić, aby nie zabiła go nuda. Jest bezdomnym. Co robią bezdomni cały dzień? Wcześniej kojarzyli mu się z muchami, których nikt nie widzi, póki nie zaczną denerwować ludzi. Teraz widział żuli, kloszardów i całą podobnych mu bandę jako… gołębie. Tu je ktoś dokarmi, to przegoni, a całymi dniami gówno robią. Smutna prawda. – Cały dzień walczą o przetrwanie – powiedział sam do siebie, jakby toczył z kimś dyskusję. Ostatnio mówił do siebie coraz częściej. To nie był dobry znak. Poczuł głód, więc przyszedł czas na rozważenie różnych opcji. Mógł iść pożebrać pod pobliską restaurację. Może rzuciłby żartem do kogoś z gości tego kompleksu gastronomicznego ze ścianą wspinaczkową? Powiedziałby, że to szczyt bezczelności, lenistwa lub chamstwa żebrać o złotówkę czy coś do jedzenia, ale że musi, bo się udusi. Nie zrozumieliby. Może pod tym supermarketem przy skrzyżowaniu? Ludzie wychodzą z zakupami, mają drobne pod ręką. Może jakaś bułka by im wypadła? Albo warto iść pod pizzerię. Na bank na zapleczu lub na śmietniku coś mają. Dadzą mu? Jak szczurowi, który przybiega po resztki albo bezpańskiemu psu. Nie. Raz dasz, to ciągle będzie przychodził, nie chcą tego. – Czy oni naprawdę nie rozumieją, że człowiek może być głodny? Że ktoś sobie nie radzi z życiem? Że żebranie staje się nie lenistwem, tylko koniecznością? Może gepard nie chce gonić antylopy, lecz musi to robić, aby się nią pożywić? Jego się nie osądza. Durni ludzie. Nie rozumieją, że bezdomny staje się zwierzęciem i trzeba mu pomóc… Ale ja im pokażę. Wszystkim pokażę. Dantej uznał, że jednak poszuka resztek pod pizzerią. A właściwie na jej tyłach. Miał szczęście. Pracownicy zostawili półlitrową colę i dwa kawałki pizzy. Jedli sobie na luzie, gdy musieli nagle podbiec do kasy obsłużyć klienta. Tymon capnął dwa kawałki pizzy i colę, a potem ruszył w długą. Pobiegł w stronę szpitala na Witosa, oglądając się za siebie co jakiś czas. Nikt go nie gonił. No, może poza czasem. Wiedział, że ten powoli mu się kończy. Ale sam się o to prosił. Zasiadł na przystanku, starając się złapać oddech. Po chwili podjechał autobus o numerze 18. Niemal pusty, więc obejdzie się bez marudnych spojrzeń. Wsiadł i usadowił się na końcu pojazdu. Uznał, że pojedzie tak długo, aż pojawią się kanary lub wyrzuci go kierowca. W najgorszym wypadku dojedzie pod Karolinkę lub pod cmentarz. Albo w najlepszym, bo może jedno z tych miejsc jest mu przeznaczone. Kierowca miał jednak gdzieś Danteja i pozwolił mu jechać przez pół Opola. Może kończył zmianę, a może chciał okazać serce. Kto wie. Gdy przejeżdżał przez most na ulicy Nysy Łużyckiej, Tymon zobaczył znajomych nastolatków z amstafem. To oni rozwalili mu niedawno namiot i poszczuli jak jakieś brudne zwierzę. W jego głowie pojawiło się pewne wspomnienie. Gdy miał jakieś dziesięć lat, był u dziadków na działce. Albo u rodziców. Nie pamiętał tego szczegółu. Wiedział natomiast, co widział. Na małym wodospadzie utknęły zwłoki psa. Z pewnością był martwy. Jego głowa była nienaturalnie wykręcona do tyłu. Już wtedy wiedział, że ktoś temu psu skręcił kark i zrzucił go z mostu, pozbywając się „kłopotu”. Nie pamiętał, jak długo się wtedy wpatrywał w te psie zwłoki, które nie umiały zatonąć lub płynąć dalej. W głowie tkwiła mu jednak myśl, pytanie... po co ktoś zabił to zwierzę? Dlaczego ktoś ukręcił mu łeb i wrzucił do rzeki, zamiast może oddać do schroniska lub komuś podrzucić? Po co od razu zabijać? Ale kiedy wrócił do tu i teraz, do autobusu jadącego właśnie przez most na Nysy Łużyckiej, już wiedział dlaczego. Bo w życiu czasem tak jest, że ktoś zasłuży, aby go skrzywdzić. Tak myślał, gdy patrzył na beztrosko spacerujących nastolatków z umięśnionym, gotowym do ataku amstafem. Pomyślał o tamtym psie z dzieciństwa i uznał, że może tamte zwierzę zasłużyło na taką karę. Otrząsnął się z tej barbarzyńskiej wizji. Wyparł ją i czuł irracjonalne poczucie klaustrofobii. Jakby autobus się kurczył. Wysiadł więc na przystanku na Jana Kazimierza i ciężko łapał powietrze. Atak paniki? Przez chwilę poczuł się jak ten pies z dzieciństwa. Nagle ktoś złapał Danteja za kark i ścisnął. Odruchowo chciał się wywinąć, ale nie potrafił wyjść z mocnego uścisku. Poczuł znajomy fetor, a po chwili równie znajomy śmiech. Gdy moment później ktoś rozluźnił chwyt, rozpoznał Rokiego. Śmiał się z reakcji Danteja tak mocno, że omal się nie posikał. Znów był pijany. Ale jak on to mawiał? – Nieważne, ile możesz wypić, ważne, ile w ciebie wlewają, a ty wciąż umiesz kroczyć dalej – wyrecytował Roki. Następnie podszedł do wytrąconego z równowagi Tymona i zadał mu pytanie: – Coś ty taki przestraszony jak pijany kierowca na kontroli drogowej? – Co? A no tak. Bo widziałem tam takich dzieciaków, no i… – Te, kurwa, ja różne rzeczy żem widział, ale za dzieciakami to ja się nie oglądam. Ty z tych czy… Kurwa, tłumacz się albo nokaut będzie. – Roki zachwiał się i złożył ręce do nieudolnej gardy. Był gotów pobić Tymona, mylnie uznając go za jakiś rodzaj pedofila. Pisarz wiedział, że lepiej się z tego wytłumaczyć. I to już. – Wczoraj albo dziś, sam nie wiem. Taka parka gówniarzy mnie z namiotu wywlekła i psem poszczuła. Mówiłem ci. Roki patrzył badawczo na Tymona. Ten nie wiedział do końca, co Roki zaraz zrobi. Przywali mu lub gorzej? Albo wysłucha cierpliwie? Nieodgadniona, pijacka gęba Rokiego zagadkowo się uśmiechnęła. – A, takie pedałki dwa? I ten kundel to taki buldog? Bokser w sensie... – Chyba amstaf – poprawił go Dantej. Czuł, że Roki może wiedzieć, o kogo chodzi. – A znam tych chujków małych. Już niejednego z nas poszczuli. Nawet ich kiedyś goniłem, jak mi kurwili na moją Baśkę. Chodź, opowiesz ekipie, co te chuje ci zrobiły. Roki objął Tymona ramieniem i zaprowadził na pobliską libację żuli. Ta odbywała się na boisku asfaltowym, a dokładnie na ławce tam się znajdującej. Ekipa była trochę inna niż ta na dworcu. Roki przedstawił słynną Baśkę, potem Brazyliego, Kataja, Zgona i Rokara. – Skąd wy bierzecie te ksywy? – zapytał Tymon. – Bo mamy ksywy ryj. – Baśka zarechotała, a cała ekipa zaniosła się pijackim śmiechem. Na oko Danteja kobieta miała mniej niż 40 lat. Włosy tłuste, ubrania na pewno wiele tygodni nieprane, ale paznokcie mimo wszystko pomalowane. Niedbale, ale jednak. Miała też kilka innych szczegółów, choć była to zasadniczo typowa bezdomna lub kobieta będąca w stanie podżulowym. Z jakiegoś powodu trzymała się blisko Rokiego. Może byli parą i nie kłamał? Może po prostu lubiła pochlać i oni też zawsze byli chętni na picie albo coś więcej? Nieważne. Tymon widział, jak na niego patrzy i tego się obawiał. Najmniej zeżulony żul wpadł w jej lekko podbite oko? Już widział swoje podbite oczy, gdy tylko Roki połapie się w tym, co się święci. Dantej czuł, że zabawa się skończyła i czas się zmywać. Jednak Roki nie zamierzał odpuszczać, bo świetnie się bawił. – E, noc nie Baśka, jeszcze młoda. Obiecałem, że kolegom opowiesz tu, co te gówniarze z psem wyprawiają. Tymon nie miał wyboru. Opowiedział całą historię. Wyżalił się, jak trudno było mu zdobyć ten namiot i że bytował sobie tam spokojnie, a ta para dzieciaków pozbawiła go dachu nad głową. Rokar, Baśka, Brazyli, Kataj, Zgon i Roki słuchali go w kręgu z zaangażowaniem niczym jakaś grupa wsparcia. Już mocno podpici uznali, że czas z tym skończyć. Oczywiście chodziło o bezkarnych nastolatków, a nie o picie. – Ale że co? – zapytał Dantej, przeczuwając, że znów coś nabroił. Mocno wypita kompania bezdomnych była pewna, że Tymon musi się w końcu napić. Bo to nie wypada, by bezdomny był abstynentem. Jak częstują, to się bierze. Z nami się nie napijesz? Hasła trafiały na ścianę oporu Tymona, coraz mocniej ją krusząc. Wiedział, że odmowa będzie dla nich zniewagą trudną do przełknięcia. A nawet tak tanie wino czy inna nalewka będzie tak kojąca, taka przyjemna. Mimo że tak dawno nie pił. Nie, nie może. Odmówił. Zobaczył karcący wzrok Rokara i rozczarowane oczy Baśki. Zgon, najsilniejszy z gromady żuli, złapał Tymona, a Kataj wlewał na siłę wino do jego gardła. Najpierw wypluwał, ale gdy kilka kropelek zwilżyło mu język, poczuł, że nie ma się co opierać. Zasmakował i sam w końcu chwycił butelkę wina. Wyzerował ją, jakby dostał się do wody na Saharze. Degrengolady ciąg dalszy. A nie taki był plan. – Przecież to tylko jedna butelka. Należy mi się też coś… Za to, co wycierpiałem i… Później już wszystko zaczęło się kręcić i znikać. Na zmianę. Tymonowi wchodziły procenty, a wychodziły różne opowieści. Później jednak zaczęła się teleportacja. W jednej chwili Dantej był na ulicy Jana Kazimierza, a moment później nagle znalazł się ze swoją ekipą żuli na skrzyżowaniu przy boku, z którego aktor znów groził mu palcem i prawił morały. Albo reklamował coś do łazienki. Pijany pisarz sam już nie wiedział, co jest prawdą, a co snem. Nie zauważył nawet, kiedy nastał wieczór. – No tak, muszę do łazienki, to jest prawdziwe – pomyślał Tymon i oddał mocz na pobliską sygnalizację świetlną. – Świecę psikładem – wołał Dantej. Nie pamiętał, czy ekipa się zaśmiała. Teleportacja znów zadziałała i znalazł się pod mostem na ulicy Nysy Łużyckiej. Spojrzał w prawo. Baśka siedziała na Rokim, całując go i wykonując posuwiste ruchy. Pijany Tymon dawno tego nie zaznał, ale jeszcze pamiętał, jak wygląda seks. Odetchnął, że nie dosiadła jego, bo to skończyłoby się nokautem ze strony jej partnera. Nie miał ochoty na to patrzeć. Niech robią, co chcą. Wolno im. Ciało może być bezdomne, lecz serce nie musi – pomyślał i zaśmiał się na tę dość romantyczną wizję. Spojrzał w lewo, czując przechył. Nogi miał jak z waty. Ku swojemu zdziwieniu widział, jak trójka bezdomnych kopie dwójkę dzieciaków, a właściwie nastolatków. W swojej bezbronności byli jednak dzieciakami. Teraz to oni mieli spuszczane manto. Czy zasłużyli? Czy to przez niego? Nie wiedział. Ogólnie rzecz biorąc, to teraz mało wiedział. Spojrzał pod swoje nogi i zobaczył leżące u stóp zwłoki amstafa z nienaturalnie wykrzywioną głową. Krzyknął przerażony. Gdy zwymiotował na boku, po chwili znów spojrzał na ziemię. Psa tam nie było. Moment później nie było też nikogo z bezdomnych. Był tylko okropny ból głowy i poczucie niezrozumienia. Zadziałała teleportacja, z tym że przeniosła wszystkich innych, a on pozostał pod mostem na Nysy Łużyckiej. Rwący nurt Odry szumiał w pobliżu i w jego głowie. Znów poczuł zbierającą się w nim falę wymiotów. Wyrzucił coś z siebie zgięty w pół, a potem patrzył, jak reszta jego ekipy żuli, z Rokim na czele, gdzieś biegnie. Chwiejnym krokiem popędził za nimi...
Free reading for new users
Scan code to download app
Facebookexpand_more
  • author-avatar
    Writer
  • chap_listContents
  • likeADD