V
Drzwi mieszkania w kamienicy skrzypnęły ponownie i pojawiła się w nich kolejna dzisiejszego dnia kobieta. Opalona równo na złocisty mahoń, ubrana w białą koszulkę na ramiączkach, zza których wystawał niewielki tatuaż ze znakiem zodiaku i krótkie podziurawione, dżinsowe szorty. Włosy umalowane w jasnym kolorze z czarnymi, wyraźnymi odrostami miała upięte w niedbały ale figlarny kok. Zmierzyła siedzącą na ławie kobietę w czerni i rzuciła krótkie „Dzień dobry”. Starsza kobieta odpowiedziała szorstko, lustrując ją jakby pogardliwym spojrzeniem od stóp do głów. Wyglądała typowo jak stała słuchaczka miejscowego, katolickiego radia, zniesmaczona widokiem dość roznegliżowanej dziewczyny. Szybko odwróciła od niej wzrok jakby samo patrzenie powodowało zgorszenie.
– Pani pierwszy raz? – uśmiechnięta dziewczyna zadała pytanie, które chyba najczęściej padało w tym pomieszczeniu.
Starsza kobieta znów spojrzała kamiennym wzrokiem, a wyraz jej twarzy nie wskazywał na chęć podjęcia rozmowy. Skinęła tylko twierdząco.
– Ja już kolejny – rzuciła młodsza dziewczyna nie zważając na brak chęci rozmowy z jej strony – Ale muszę pani powiedzieć, że coś w tym wróżbiarstwie jest. Dużo rzeczy mi się sprawdziło. Naprawdę… Na przykład kiedyś chciałam, żeby wróżbita sprawdził czy wyjazd za granicę, na który się wybierałam będzie udany. Wywróżył, że mam nie jechać. Zdenerwowałam się… Powiedział, że sama mam zdecydować. Z bólem, ale uwierzyłam. Zostałam w domu. I wyobrazi sobie pani, że autokar, którym miałam jechać miał wypadek na francuskiej autostradzie. Dwie osoby zginęły. Mogłam to być ja. Można powiedzieć zatem, że wróżbita uratował mi życie. Od tamtej pory przychodzę tu regularnie – zawiesiła głos, bowiem rozmówczyni w ogóle nie zareagowała na tą emocjonująca historię.
Siedziała tylko przygarbiona i wpatrzona w jeden punkt.
– Czy coś się stało? – zapytała delikatniejszym jakby zatroskanym głosem.
Starsza kobieta przerzuciła wzrok z nie wiadomo czego na nią. Był taki zimny i przenikliwy, że przez plecy przeszły jej ciarki.
– Słucham? – odparła jakby właśnie co wróciła z jakiejś odległej wycieczki z powrotem do swojego ciała.
– Pytałam, czy coś się stało… Jest pani bardzo… nieobecna.
Kobieta wpatrywała się w nią bez choćby mrugnięcia powieką.
– Co to panią obchodzi? – spytała w końcu rozbrajająco.
Młodsza lekko się obruszyła.
– Chciałam być grzeczna. Spytałam czy nic pani nie jest, bo się o panią zmartwiłam.
– Proszę się zająć sobą – starsza była coraz bardziej szorstka – Widać potrzeba pani towarzystwa – dodała zgryźliwie nawiązując do jej ubioru. Szczęśliwie młodsza chyba nie zrozumiała przytyku.
Daniel Łagodzki obserwował całą sytuację w ekranie swojego tabletu. Widząc wzrastające napięcie, w końcu schował go do ukrytej szuflady i szybkim krokiem wyszedł na przedpokój. Nie chciał doprowadzać do kłótni, która mogłaby źle wpłynąć na atmosferę. Ta zaś wyraźnie zgęstniała a afera wisiała w powietrzu.
– Zapraszam panią – rzucił do kobiety ubranej w ciemny kostium.
Wstała trzymając mocno w dłoni skórzaną torebkę i wolnym, niezdarnym krokiem przeszła do pokoju. Tam standardowo usiadła przy okrągłym stoliku. Łagodzki przycupnął naprzeciwko niej. Spojrzał na jej twarz z poczerwieniałymi oczami i wyoraną siecią zmarszczek, którymi widać całkiem niedawno płynęły łzy. Wyglądała na zmęczoną. Spierzchnięte, bladoróżowe usta lekko zadrżały.
– Co panią do mnie sprowadza? – zagadnął jak miał to w zwyczaju, choć trudno było mu ukryć podenerwowanie całą sytuacją.
Kobieta poprawiła się w fotelu. Jeszcze mocniej ścisnęła torebkę trzymaną na kolanach. Gdzieś na suficie szukała odpowiednich słów. W końcu zaczęła:
– Wie pan… Na początku roku zmarł mój mąż. Miał zawał. Mieszkamy na wsi, można powiedzieć z dala od cywilizacji. Nie miał biedaczek szans. Karetka przyjechała o wiele za późno – zrobiła przerwę na wspomnienie bolesnych wydarzeń, ciężko przełykając ślinę – Kilka tygodni temu straciłam syna. Zginął w wypadku samochodowym. Wpadł w poślizg i uderzył w drzewo…
Teraz już ją zatkało a w oczach pojawiły się łzy.
– Bardzo mi przykro – odparł Łagodzki – Może chce pani wody? Dobrze się pani czuje?
Pokiwała przecząco. Złapała porządny wdech i się uspokoiła.
– To emocje. Przepraszam. Wciąż to wszystko przeżywam.
– Jak mogę pani pomóc? – zapytał wróżbita zmieniając ton na łagodny. Żal mu się zrobiło kobiety, która w takim krótkim czasie straciła dwójkę najbliższych osób. Pomyślał o Walentynie. Jeszcze długo po jej pogrzebie, żarzył się w nim gorzki ogień trawiący jego serce. Czuł ból i pustkę. Zaczął ogromnie współczuć kobiecie.
– Przyszłam do pana ponieważ… – jeszcze jakby się wahała – Chciałabym, żeby mnie pan z nimi skontaktował.
Łagodzki praktycznie nie zareagował na te słowa. Siedział nieruchomo i zastanawiał się czy dobrze usłyszał. Nie, przesłyszał się… Dopiero po chwili dotarło do niego, co ta kobieta właśnie powiedziała. Jej trupio blada twarz pozostawała niewzruszona.
– Co proszę? – w końcu wysapał, kiedy język rozsupłał mu się w gardle.
– Chciałabym, żeby przekazał im pan ode mnie wiadomość. Ewentualnie odpowiedź od nich.
Wróżbita oniemiał po raz drugi.
– Pani mówi poważnie?
– A wyglądam jakby żartowała?
Popatrzył na nią. Faktycznie, czarny strój i roztrzęsienie wskazywały na żałobę. Minę miała grobowo poważną i nie wyglądała jakby miała żartować. Wzrok z przestraszonego i roztrzęsionego w jednej sekundzie zmieniła na hipnotycznie roszczeniowy. Ciszę wypełniła muzyka relaksacyjna uzupełniona piskami wrzeciona magnetofonu, który wysłużył się przez wszystkie lata. Wpatrywali się w siebie badawczo przez kilka sekund, wzajemnie próbując wyczytać swoje myśli.
– Droga pani… – rozpoczął kiedy doszedł do siebie – Jeśli mówi pani poważnie, to muszę panią zasmucić, ale nie zajmuję się tego typu praktykami.
– Jak to? – kobieta zmarszczyła gniewnie brwi – Czyta pan z kart, wróży z rąk… a nie potrafi pan nawiązać kontaktu ze zmarłymi? To chyba nie problem dla takiego człowieka jak pan wywołać ducha.
– Zajmuję się wróżbiarstwem. W układzie kart czy liniach na dłoni doszukuję się interpretacji przyszłości danego człowieka. To nie ma nic wspólnego ze zmarłymi i z duchami. W ogóle nie zajmuję się sprawami śmierci. To zbyt niebezpieczny grunt. Można zrobić więcej krzywdy niż pożytku, stąd nie wróżę nawet w tych tematach.
Przed oczy nasunął mu się obraz pewnej kobiety, która jak tylko we właśnie co stawianym tarocie dostrzegła kartę przedstawiającą przerażającą postać, ze szkieletem w tle i wijącymi się wokół niej wężami, padała na podłogę jak martwa. Tak zareagowała na wylosowanie Karty Śmierci, choć jej interpretacja wcale tego nie oznacza. Przede wszystkim karata symbolizuje poważną przemianę i w dużej mierze odnosi się do pozostałych w danym układzie. Nie zdążył jej tego wytłumaczyć i sporo czasu zeszło mu na przywracanie jej przytomności. Po tych wydarzeniach postanowił skryć tę kartę tuż obok tabletu, by sytuacja się nie powtórzyła. Takie lekkie nagięcie zasad, ale z myślą o spokoju klientek.
– Czyli mi pan nie pomoże? – zapytała lekko drżącym głosem, kiedy Łagodzki stanowczo milczał. Jej niezłomność zaczęła kruszeć.
– Nie, droga pani. Nie mam takich umiejętności. Być może pomógłby pani w tej sprawie człowiek określany, jako medium, ale szczerze uważam, że nie jest możliwe kontaktowanie się ze zmarłymi. Wiem, że to trudne, ale trzeba pogodzić się z ich stratą.
Kobieta podniosła się nerwowo z fotela i zmętniałą twarz zastąpiła bardzo gniewnym grymasem. Stanowczym, opryskliwym tonem rzuciła:
– W takim razie nic tu po mnie. Mówiono mi, że jest pan odpowiednim człowiekiem i z pewnością mi pomoże. Że ma pan ponadnaturalne umiejętności. A pan? Pan tylko czyta z kart… – ironizowała dość wyniosłym tembrem głosu – To w ogóle możliwe? Pan wciska po prostu ludziom kit! Pan jest zwykłym oszustem! Szarlatanem. Spotka pana za to kara! Już niebawem! Do widzenia panu!
Łagodzki spochmurniał. Chciał coś odpowiedzieć, ale nie zdążył. Wyprysła o wiele żwawiej niż tu wchodziła.
– Do widzenia – odparł kwaśno, kiedy pokój był już pusty.
Usłyszał jeszcze jak burknęła coś do kobiety w przedpokoju i trzasnęła drzwiami mieszkania tak, że zatrząsały się ściany. Ta po chwili pojawiła się w drzwiach.
– Cześć – rzuciła przyglądając mu się badawczo.
– Cześć Anitko! – ocknął się z zadumy. Nadal siedział w fotelu obok stolika. Spostrzegł, że nie zdążył odprowadzić klientki. Dosłownie wbiła go w fotel.
Dziewczyna podeszła do niego i usiadła na wolne miejsce.
– Co to było?
– Właśnie nie wiem!
– Wypadła stąd jak wicher. Coś ty jej wywróżył?
– Nic… – odarł jakby się bronił, nadal będąc w lekkim szoku – Chciała, żebym skontaktował się z jej zmarłym mężem i synem.
– Co? – zdziwiła się i rozbawiła jednocześnie – Nieźle porąbana. Zresztą nie wyglądała na normalną. Kąsała jak żmija.
– Chyba sfiksowała po stracie syna… Ale była naprawdę jakaś dziwna. Lodowata. Przejmująca – Łagodzki nadal nie mógł uwierzyć w to, co zaszło.
– Zwykła czarownica… Czyli na niewiele ci się zdałam – z twarzy Anity zniknął uśmiech.
Anita Zgarda była przyjaciółką Daniela. Mieszkała w tej kamienicy i od śmierci babci Walentyny ich relacje zacieśniły się. Widać potrzebował mieć dobrego ducha w tym budynku. Była czterdziestokilkuletnią, dość atrakcyjną rozwódką, imającą się różnych zajęć i niemogącą zagnieździć się nigdzie na stałe. Przede wszystkim zaś była niespełnioną aktorką. Grywała na deskach Teatru im. Wilama Horzycy, jednak wciąż nie mogła liczyć tam na stały angaż. Żyła marzeniem o byciu sławną i choć w chwili obecnej była daleka od tego celu, uparcie do niego zmierzała.
Mając dostęp do bogatej garderoby oraz charakteryzacji teatralnej w połączeniu z umiejętnością gry aktorskiej stała się dla Daniela Łagodzkiego niezwykle przydatną postacią. Potrafiła łatwo zmieniać wygląd i wielokrotnie już przepytywała nowe klientki w przedpokoju jego mieszkania, wyciągając z nich problemy, z którymi do niego przyszły. Stała się dzięki temu ważnym ogniwem jego pracy. Mogła się znaleźć w poczekalni jego gabinetu natychmiast i znacznie ułatwić mu pracę. Czasami płacił jej za to swoją dolę, choć nie było to regułą i zależało od aktualnego statusu finansowego Anity, który był mocno chwiejny.
W ogóle ich relacje były skomplikowane i dość trudne do zdefiniowania. Czasem traktowali się jak rodzeństwo, czasem jak przyjaciele, a czasem jeszcze bliżej. Anita, wiecznie szukająca miłości swojego życia lub ewentualnie jakiegoś bogatego, wpływowego biznesmena wiedziała o słabości Daniela, jaką były kobiety. Tolerowała to pomimo, że znała przytłaczającą większość jego wyskoków. Choć często nie szczędzili sobie czułości to nigdy nie doszło pomiędzy nimi do sytuacji, w której Łagodzki umieściłby Anitę na liście swojej kolekcji. Jakby podświadomie oboje się tego wystrzegali. Nie wiedziała tylko o jego tajemniczej „kolekcji”.
– Daniel! – rzuciła ostrzej, kiedy znowu się zamyślił.
– Co? Co? – kolejny raz otrząsnął się z nieznanego amoku.
– Jesteś jakiś dziwnie zdezorientowany.
– Mam dziś ciężki dzień. Obudziłem się ze strasznym kacem. Musiałem wczoraj przeholować… Szczerze mówiąc pierwszy raz od dawna mam luki w pamięci.
– Biedactwo… – uśmiechnęła się i czule pogłaskała go po głowie. Jak niegdyś babcia Walentyna.
– Dziś też miałem kilka klientek, ale ta „czarna wdowa” zupełnie mnie rozbiła. Jestem wykończony…
– Może wyskoczymy coś zjeść? Poprawi ci się humor.
– Jasne. Co proponujesz?
– Znajdziemy coś na Starym Mieście… – Anita nie przestawała się uśmiechać. Jej optymistyczny nastrój zaczął być zaraźliwy i przechodził powoli na niego.