Section 1-2

1969 Words
Samolot z każdą minutą stawał się coraz cięższy. Wszechobecna, nasycona zmarzliną mgła szczelnie otulała ogromny obszar dziewiczych borów. On, niestety, o tym nie wiedział. Miał nadzieję, że wkrótce wleci w strefę wyżu, gdzie słońce rozświetli przestrzeń i stopi utrudniający podróż lód. W pewnym momencie ciężar powietrznego pojazdu osiągnął poziom krytyczny. Wysokie obroty silnika i maksymalnie zadarte do góry klapy sterowe – to wszystko, co mógł zrobić. Mógł liczyć jeszcze na Tego, który jest autorem praw fizyki panujących zarówno na Ziemi, jak i w całym wszechświecie. Zaczął się modlić, prosząc o wsparcie. Kilka białych płatów oderwało się od skrzydeł i z furkotem podążyło w kierunku ziemi. Odetchnął, ale nie na długo. Po kwadransie widoczność zmniejszyła się jeszcze bardziej. Kryształki zamarzniętej wody z coraz większą mocą przywierały do przeciążonego pojazdu. Kilkadziesiąt metrów pod nim znajdowały się wierzchołki kilkusetletnich drzew. Wystarczy, że zawadzi o jedno z nich. Śmierć równie szybka jak od wyzwolonej z pocisku kuli. Tym razem niechciana. Razem z maszyną powoli opadał w kierunku ziemi... * * * KONSTANTY westchnął. Tyle już razy zabierał się za porządki w zakrystii i jak do tej pory nie udało mu się tego dokonać. Zawsze wypadało coś nieoczekiwanego. Przedwczesny poród żony drwala, chore świnie, wybuch trotylu w tartaku, pożar w składzie drewna, a ostatnio jego własne niedomaganie – rozstrój żołądka spowodowany zatruciem. Pomieszczenie wymagało sporego nakładu pracy. Oberwana półka, źle zamocowany wieszak w szafie, w której trzymał liturgiczne stroje, nieszczelne okno i kurz, który zbierał się tu od lat. Podłoga potrzebuje umycia, a zawiasy naoliwienia. Ponadto trzeba także naprawić zamek. Praca na cały dzień, a może i na dwa. Zaczął od zamiatania. Po kilku zamaszystych ruchach miotła zawisła w powietrzu. Usłyszał dziwny dźwięk. Jakby warkot tnącego zmarznięte powietrze śmigła. Wysokie tony świadczyły o tym, że obroty są bardzo szybkie. Zbyt szybkie. Czuł, że z hałaśliwym mechanizmem coś nie jest w porządku. Odgłosy przypominające ciężki lot olbrzymiego trzmiela naraz przycichły i słychać już było tylko szum sunących po śniegu sań. Udał, że to co się dzieje na zewnątrz zupełnie go nie obchodzi. Zaczeka, aż wypełniające okoliczną przestrzeń akordy umilkną i ponownie zabierze się za zamiatanie. Nie ma zamiaru wychylać nosa na mroźne powietrze. Intruz zbliżył się do terenu kościoła, następnie staranował płot i znieruchomiał. Silnik zgasł. Nastała pełna napięcia cisza. Na wiosnę będzie zatem nowa robota. Sztachety już dawno były zmurszałe. Z remontem ogrodzenia pogodził się od razu. Gorzej z przerwanym po raz kolejny sprzątaniem zakrystii. Zaczął głośno narzekać: — Nie pojmuję, dlaczego nie chcesz, abym w końcu uporządkował izbę, w której przygotowuję się do służenia Tobie. Jak tak dalej pójdzie, to będę musiał odprawiać Mszę w drelichach. Płot, rozumiem – był stary i wymagał wstawienia nowych sztachet już w zeszłym roku. Słusznie zrobiłeś, że mi o tym przypomniałeś. Ale dlaczego nie mogę sprzątnąć małego pokoiku, za którym znajduje się ołtarz? Remont okna i szafy, a także konserwację zamka ostatecznie mógłbym zostawić na później. Widzę jednak pilną potrzebę użycia szmaty i szczotki. Ty wiesz, że ja nie lubię tych babskich czynności, ale zdaje się nie to jest przyczyną, z powodu której przerywasz mi pracę. Zamilkł, by zastanowić się nad własnymi słowami. — Przykro mi, że stało się to tak nagle, ale nie mogę zagwarantować, że tu wrócę, aby doprowadzić to pomieszczenie do stanu używalności. Za każdym razem dzieje się coś, co nie jest ani miłe, ani przyjemne. Jeśli dajesz mi znak, to go nie rozumiem. Teraz rzucę miotłę w kąt i zobaczę, jaka znów niespodzianka czeka na mnie na podwórzu. Samolot zatrzymał się nie dalej niż dwa metry od ściany kościoła. Był przechylony na lewe skrzydło, którego koniec tkwił w sporej zaspie. Z ziemią, a właściwie z metrową warstwą pokrywającego ją śniegu, zetknął się dużo wcześniej. Wyrył dość głęboki korytarz. Biały puch wyhamował prędkość maszyny i uchronił świątynię przed poważnym uszkodzeniem. Śnieg spadł w samą porę. Albo też awionetka wylądowała we właściwym czasie i miejscu. Tak czy inaczej, wypadek nie zagroził parafii. Pilot był nieprzytomny. Rosjanin dość łatwo wyciągnął go z kabiny i położył na wojskowym płaszczu. Po sprawdzeniu kończyn z zadowoleniem stwierdził, że są nienaruszone. Przy braku środków znieczulających, nastawianie kości jest zajęciem mało sympatycznym. Amator powietrznych podróży mógł mieć uszkodzenie kręgosłupa, ale w takim przypadku nikt w promieniu kilkuset kilometrów nie byłby w stanie udzielić mu pomocy. Klecha ciągnąc za sobą brezentowy płaszcz, dotarł do chaty, w której mieszkał. Pilot mógł mieć co najwyżej wstrząs mózgu i skręconą kostkę, co nie zmienia faktu, że będzie miał go na głowie przez najbliższe tygodnie. Z drugiej strony zeszłej zimy bardzo odczuwał samotność. Doszedł do wniosku, że jeśli musi z kimś dzielić domostwo, osobę tę wolałby sobie wybrać sam. — Po co mi to zesłałeś? – wyszeptał smutno. – Czy ten latający pojazd musiał spaść akurat tutaj? Zawstydził się na samo wspomnienie swoich myśli. Pokornie przeprosił za swoją słabość i brak wiary. Czekał, aż modlitwa wypełni jego wnętrze. — Jestem przekonany, że masz w tym jakiś cel. Dziękuję zatem, że o mnie jeszcze pamiętasz. Czekając na dzień, w którym to pojmę, będę robił swoje. Przygotuję parafię na Boże Narodzenie jak nigdy dotąd. Obiecuję. Mam wrażenie, że wkrótce wydarzy się coś, co może zupełnie odmienić moje życie, a może nawet życie całej, zagubionej wśród tajgi osady. Proszę, pokaż mi wyraźnie, co mam czynić, kiedy nadejdzie właściwy moment. Chory jęknął cicho. Konstanty doszedł do wniosku, że niezwłocznie powinien zabrać się za nastawianie skręconej kończyny, dopóki pacjent jest nieprzytomny. Później będzie musiał znieść krzyk bólu. Dzień dostarczył mu już dość wrażeń. * * * AMERYKANIN okazał się być niecierpliwym człowiekiem. Już po tygodniu chciał wstać z posłania. Przekonywał o tym po angielsku, a także używając „łamanego” rosyjskiego, którego podstaw nauczył się na kursie. Szkolenie, choć było intensywne i trwało przez kolejne dwa semestry, nie dało oczekiwanego rezultatu. Był komunikatywny co do podstawowych zagadnień, lecz wciąż miał problemy ze zrozumieniem słowiańskiego języka. Wypchany słomą siennik codziennie był wstrząsany i trzepany, dzięki czemu stanowił komfortowe miejsce do leżenia. Gospodarz przeniósł się na piec, gdzie zrobił sobie legowisko wysłane skórami owiec i wilków. Takiego gestu wymagała gościnność, która na obszarach syberyjskiej tajgi była tradycją przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Historia, którą usłyszał od nieznajomego, przyprawiła go o zdumienie. Niesamowita opowieść. Po kilkudziesięciu latach nieużywania angielskiego, musiał wsłuchiwać się w poszczególne słowa, aby zrozumieć sens wypowiadanych zdań. Często też prosił o powtórzenie niektórych zwrotów. Trzeciego dnia odważył się na dłuższą wypowiedź. Ze składnią nie miał większych problemów. Czasy dobierał automatycznie. Nieco gorzej było z akcentem. Kiedy zaraz po studiach został tłumaczem, zagraniczni goście chwalili jego bezbłędny angielski. Brytyjczycy sądzili, że jest Amerykaninem, obywatele USA zaś, że pochodzi z Teksasu, co miał zdradzać sposób mówienia. Owszem spędził pół roku w Stanach na praktykach, ale był to Nowy Jork. Obcym językiem doskonale władał dzięki talentowi. Swoich predyspozycji nie traktował jako czegoś nadzwyczajnego. Uważał, że jest to cecha przyrodzona, taka sama jak wzrost, budowa ciała, ładny głos, czy gęsty zarost. Wielu ludzi zazdrościło mu dobrze płatnej i ciekawej pracy. W tamtych latach, w ówczesnym Leningradzie, zaraz po Moskwie, najważniejszym mieście Związku Radzieckiego, żyło mu się dobrze. Znajomi byli zdumieni, kiedy zrezygnował z posady. Nie tłumaczył się nikomu, i tak by nie zrozumieli. Był bardzo ciekawy, dlaczego nieobliczalny Jankes zdecydował się na tak trudną i niebezpieczną wyprawę. Patrząc na to oczami człowieka wschodu, w wycieczce widział niepotrzebny wysiłek i zbyteczny koszt. Szaleniec musiał kupić samolot, zorganizować miejsca międzylądowań i logistykę zaopatrzenia. Ryzykował samotny lot, podczas którego walczył ze znużeniem i bolącymi plecami. — Komu może przydać się twój znój? – zapytał zdziwionym głosem duchowny. — To moje poświęcenie. — Zbyteczne. — Nie masz racji. — Mam. — To pielgrzymka. — Marnotrawstwo pieniędzy. — Są moje. Mogę robić z nimi co chcę. — Należysz do kilku procent ludzi na Ziemi, którzy są zamożni. — Nie jestem zamożny. — Ależ jesteś. Stać cię na ubranie. Kiedy chcesz, możesz najeść się do syta. Co do tych dwóch rzeczy pewność może mieć mniej niż jedna czwarta mieszkańców naszej planety. I jeszcze dach nad głową. Własny dom. Nie prowizoryczny szałas, slums, czy prymitywne pomieszczenie zrobione z kartonowych pudeł. Zawężamy się do niecałych pięciu procent. Ale ty posiadasz także samolot i budżet pozwalający na eskapadę przez pół świata. Jesteś obrzydliwie bogaty. — Pracowałem na to przez pół życia. — Aby teraz igrać z losem? — Chcę odwiedzić jerozolimską świątynię i jeszcze kilka innych miejsc. — Spójrz na siebie. W żadnym calu nie przypominasz pątnika. — Kogo więc przypominam? – burknął nieprzyjemnym głosem. — Jesteś turystą. Nieobliczalnym ze względu na brak doświadczenia podróżnikiem donikąd. — Nie mówmy o tym. Nigdy nie pojmiesz moich pobudek. — Wcale nie jestem ich ciekawy. Natomiast interesuje mnie twoje zdrowie. Będziesz oszczędzał stopę jeszcze co najmniej przez tydzień. — Później pomożesz mi doprowadzić maszynę do porządku i polecę dalej. Nie zdążę już osiągnąć Betlejem przed Bożym Narodzeniem, ale dotrę tam przed świętem Trzech Króli. Konstanty nie odpowiedział. Można by kontynuować tę bezsensowną sprzeczkę godzinami, a on i tak by niczego nie zrozumiał. Bez doświadczenia nie ma szans. Jest szczęściarzem. Trafił do miejsca, gdzie będzie dane mu poznać skrawek prawdziwego życia. Zasłuży się też, komu trzeba. Będzie pomagał w przygotowaniach do nadchodzących świąt. Zapracuje na nagrodę. Samolot odleci w bliższej lub dalszej przyszłości. Kiedy już będzie wiadomo, z jakiego powodu znalazł się właśnie tu, w samym środku nieprzyjaznej ludziom Jakucji. W dniu, w którym zamiar Opatrzności zostanie rozszyfrowany, podróżnik będzie mógł ponownie wzbić się w przestworza, chyba, że nadal będzie musiał pozostać na ziemi… * * * POPIELATY przystąpił do działania. Budzenie śpiących od lat demonów nie jest rzeczą ani prostą, ani też bezpieczną. Zbyt szybka pobudka może doprowadzić ducha do irracjonalnego zachowania. Pragnienie bogactwa, władzy i sławy. Trzy ledwie widoczne, półprzezroczyste twory, ukryte głęboko w podświadomości człowieka. Zaczął od zarządcy pieniędzy. Wysłał sześć silnych impulsów, które zdołałyby w przeciągu ułamka sekundy przywrócić do życia hibernowaną przez zimowe miesiące żabę. Uwięzione w lodzie zwierzę, o temperaturze ciała nie wyższej niż zero stopni Celsjusza, pod wpływem dostarczonych bodźców ocknęłoby się natychmiast. Tysiące razy mniejszy byt ani drgnął. Zachował się tak, jakby nie działały na niego prawa ciemności. Coś zatem było nie tak. Od dnia, w którym Fenicjanie wprowadzili do obiegu pieniądze, żądza ich posiadania sprawiła pojawienie się demonów bogactwa. Zjaw wyjątkowo aktywnych, rzadko pozostających w uśpieniu. Postęp cywilizacyjny, a co za tym idzie wypaczenie podstawowych praw kierujących postępowaniem mieszkańców Ziemi, wielokrotnie, bez dodatkowej ingerencji prowadziło do ich zguby. Ludzie często robili rzeczy i angażowali się w sytuacje, które trudne były do zaplanowania nawet przez doświadczonych, należących do mrocznej strony wszechświata, kusicieli. Nierzadko ten, który miał być rozkazodawcą, stawał się ofiarą. Wobec bezeceństw, jakich dopuszczali się śmiertelnicy, nieczysty nie wytrzymywał konkurencji w środowisku pełnym zakłamania i zdrady. W ten sposób zniszczono wiele psychik wytrawnych łowców ludzkich dusz. Ten nie wyglądał na ułomnego. Tyle, że był niewielki. Jeśli dostanie odpowiednią ilość pożywki, urośnie szybko i przesłoni właściwe postrzeganie świata. Drugi impuls był znacznie silniejszy. Duch został wybity do góry, aż do stanu świadomości, gdzie zabawił krótko, po czym wrócił na swoje miejsce. Nie ocknął się z odrętwienia, choć wartość użytej energii metafizycznej, mogłaby pozbawić konia życia. Kolejna próba mogła być zbyt niebezpieczna. Podrażniony impulsem, został pozostawiony w spokoju. Można było mieć nadzieję, że jego koledzy, w wyniku przyrodzonych im aktywności, w przyszłości pobudzą także i jego. Grummi - suweren władzy ocknął się od razu. Kiedy zorientował się, kto powołał go do działania, posmutniał. Miał nadzieję, że człowiek przekroczył barierę, za którą nie będzie miał za złe, aby intruz stał się jego kompanem i doradcą. Tak niestety nie było. Mężczyzna nie zaprosił go do siebie. Obudziły go anioły. Zamiast przyjemności, zaznawanych w miarę staczania się śmiertelnika, czeka go trudne zadanie. Jego celem będzie doprowadzenie do upadku kogoś, kto obecnie jest uczciwy. Taka praca nie należała do sympatycznych. W końcu jest tylko tym, który podszeptuje, a nie stosuje brutalne metody prania mózgu. Ci, dla których ma być narzędziem, zmuszą go do zdominowania wolnego umysłu. Wobec tego nie będzie harców na imprezach i uciechy z klęski wrogów. Zamiast tego, musi się przygotować na wysiłek bez chwili wytchnienia. — Dlaczego ja? – zapytał cicho, jakby bojąc się reakcji mających nad nim władzę postaci. Popielaty wzruszył ramionami, zaś Srebrny wykrzywił usta w geście obrzydzenia. — Moi koledzy zrobią to lepiej. Są głębiej zakotwiczeni w umyśle, a poza tym sprytniejsi. Czemu wybraliście najsłabszego? — Będzie gra – wyjaśnił Popielaty. – Cała wasza trójka będzie w niej uczestniczyć. Po kolei. Ty jesteś pierwszy.
Free reading for new users
Scan code to download app
Facebookexpand_more
  • author-avatar
    Writer
  • chap_listContents
  • likeADD