Chapter 2

2197 Words
Dopiłem resztę wina z kieliszka i wyszedłem na zewnątrz. Tam na szczęście było trochę spokojniej, większość gości dała się złapać na lep weselnych tradycji. Zrobiłem kilka kroków w kierunku ławeczki stojącej przed głównym budynkiem, ale uświadomiłem sobie, że nie po to wstałem od stołu, żeby teraz siadać. Poszedłem więc dalej, popalając cygaretkę i ciesząc się tą chwilą samotności. Lubię być wśród ludzi, pod warunkiem, że mogę od czasu do czasu naładować w ciszy baterie. Trochę na uboczu, w zazielenionej części podwórza, stał pawilon z kilkunastoma miejscami do siedzenia wokół niskiego, okrągłego stołu. Wcześniej cieszył się niemałym powodzeniem, przyciągając gości między innymi zapachem grillowanego mięsa, teraz jednak opustoszał. Ruszt już ostygł, a na stole zostało sporo niedojedzonych porcji ze sztućcami ułożonymi w pozycji „jeszcze tu wrócę”. Sięgnąłem po kawałek zimnej, przypieczonej kiełbaski, pewien, że jej właściciel i tak dawno o niej zapomniał. Potem podniosłem jedną ze stojących na stole butelek, ale była opróżniona do dna. Sprawdziłem następną. To samo. – Cześć – usłyszałem za plecami. Odwróciłem się i zobaczyłem Adama. Kiedyś, dawno temu, chyba w poprzednim życiu, on, Michał i ja byliśmy nierozłączni jak trzej muszkieterowie. Nie widzieliśmy się chyba z… naście lat. Wymieniliśmy wcześniej w locie zdawkowe uprzejmości, ale nie mieliśmy jeszcze okazji dłużej porozmawiać. Oprócz nastu lat Adamowi przybyło też naście kilo, ubyło za to włosów. Wyglądał na swój wiek. Wesolutki, z butelką sekta w dłoni, podszedł bliżej i zagaił: – Jak ty to robisz, stary? – Co takiego? – nie zrozumiałem. – W ogóle się nie starzejesz. Kiedy ja cię ostatnio widziałem? Chyba na moim własnym weselu? – Tak jakoś będzie. – No. A wyglądasz dokładnie tak samo. Nawet bęc ci nie rośnie. – Klepnął mnie po brzuchu. – Bo biegam – wyjaśniłem. – Jak przestaję, to rośnie. – Aaa, chyba że tak. Chcesz? – Podał mi butelkę. Wziąłem ją i napiłem się przyjemnie chłodnego sekta. Rewanżując się, poczęstowałem go cygaretką. Podziękował gestem ręki. – Rzuciłem trzy lata temu. Za dużo kasy puszczałem z dymem. – To gratuluję, mnie się nie udało – przyznałem. Próbowałem rzucić palenie przed wakacjami, Ola mnie usilnie do tego namawiała. Żeby zająć czymś szczękę, zacząłem żuć żelki, takie długie, w kształcie dżdżownic. Od nich miałem ciągle zabarwiony kącik ust na różne kolory, od fajek ostatecznie nie udało mi się odzwyczaić, a dodatkowo uzależniłem się od żelków. Brawo ja. – A co u ciebie tak w ogóle? – zainteresował się Adam. – Co w życiu porabiasz? Pewnie nie jesteś już barmanem? – Weekendowo jestem. A na co dzień robię tłumaczenia. Trochę też piszę, ale to mi się mniej opłaca. – Ale co piszesz? Książki? – Nie, no. Opisy produktów, teksty pod SEO… – Pod co? – Reklamowe – uprościłem. – A, okej. I tłumaczenia? Z chorwackiego? – Tak, ale nie tylko. Różne mam zlecenia. – No tak. Zapomniałem, że rozmawiam z poliglotą. To chyba całkiem niezła fuszka? – Nie narzekam – przyznałem. – Kasa niezła, a biuro mam w domu. – To całkiem odwrotnie niż ja. – Adam rozejrzał się po stole i też upolował kawałek zapomnianej kiełbaski. – Mnie w domu prawie nie widują. – A co robisz? – A jeżdżę autokarami. Kawał Europy zwiedziłem. – Super! – Pamiętałem, że jego marzeniem było jeździć tirami po Stanach, ale autokarami po Europie też nie brzmiało źle. – To w domu chyba faktycznie rzadko bywasz. Adam zrobił kwaśną minę. – No, to jest minus. Chociaż z drugiej strony, dzieciaki już są duże, a z Dominiką… – Obejrzał się kontrolnie, czy przypadkiem jego żona nie pojawiła się w pobliżu – …wiesz, jak to jest. Czasami dobrze się za sobą trochę stęsknić. – Roześmiał się jakoś wcale tak niewesoło. – Ale właśnie, słyszałem, że ty też się żenisz? Kiedy? Wydąłem wargi, wypuszczając z płuc powietrze. Każda, dosłownie każda osoba, z którą dzisiaj rozmawiałem, zadawała mi to samo pytanie. – Nieprędko – mruknąłem. – Pewnie też dopiero jak dzieciak będzie w drodze? No i słusznie. Nie ma się co śpieszyć. Jakie to wszystko dla ludzi jest proste. Ślub, dzieci, potem jeszcze obowiązkowo chrzciny. Gotowy schemat. Wymigiwałem się od tego skutecznie przez trzydzieści pięć lat, ale wystarczyło, żebym zrobił w tym kierunku jeden mały krok i moja przyszłość już była oczywista, wszystkie kolejne ruchy rozpisane w standardowym harmonogramie. Nie istniał alternatywny scenariusz. Żeby uniknąć odpowiedzi, pociągnąłem z butelki porządny łyk. Przeliczyłem się jednak. Gaz połaskotał mnie w podniebienie i poczułem, jak alkohol rośnie mi w ustach, prawie wychodząc nosem. – Coś ci powiem. – Adam nachylił się w moją stronę i ściszył głos, zgoła niepotrzebnie, bo owszem, na podwórzu zaczęli pojawiać się ludzie, głównie fajkowicze, ale kręcili się raczej w pobliżu budynku z salą weselną. – Ja tam nigdy nie wierzyłem w te pogłoski o tobie. Mówiłem, kto jak kto, ale Sasza? W życiu. No i kto miał rację? Adam miał rację. Czyli ja. Starając się nie popluć sektem, spojrzałem na niego pytająco. – No, wiesz. Kiedyś się mówiło, że jesteś gejem i takie tam. – Strzelił minę, jakby się czymś zawstydził. – Że niby ten Bartek to był twój… chłopak? To znaczy ja bym nic do tego nie miał, ale na co ci to. Geje mają u nas przejebane. Mógłbym mu odpowiedzieć, że nie jestem gejem i nie skłamać, ale miałem usta pełne gazowanego wina. Dlatego nie zareagowałem też na hermetyczny żarcik: – Co prawda wszyscy wiemy, że dobrze wyglądasz w sukienkach, no ale to jeszcze nie dowód na to, że lubisz facetów. – Puścił do mnie oczko i roześmiał się głośno, zadowolony z dowcipu. Nie wierzę. Raz. Raz jeden przebrałem się za dziewczynę. W czasach liceum. Oczywiście właśnie tym zapisałem się w historii. A poza tym geje nie ubierają się z reguły w sukienki, ogarnij temat, człowieku. Adam zawsze postrzegał świat dosyć zerojedynkowo. Łączył fakty po linii prostej, nie doszukując się niuansów. W sumie trochę mu zazdroszczę takiego podejścia, ja mam diametralnie inne, i jak wiedzą wszyscy moi znajomi, potrafię skomplikować nawet sposób na zagotowanie wody w czajniku, jednak trochę mnie wkurza, kiedy dla kogoś wszystkie litery z LGBTQIA plus cała reszta alfabetu oznaczają jedno i to samo. Zanim przełknąłem wino, pojawiła się przy nas Ola, ubawiona i zadowolona. Foch jej przeszedł jak ręką odjął, a z jakiego powodu, nie musiałem się długo domyślać. – Tu jesteś! A wiesz, kto złapał muszkę? – zapytała wesoło, lekko się chwiejąc na wysokich szpilkach. Oparła się dłońmi o moje ramię, żeby złapać lepszą równowagę. – Nie wiem. – Marcin! No i musiałam z nim zatańczyć. Jesteśmy oficjalnie nową młodą parą – zachichotała i zrzuciła buty, stając boso na podeście pawilonu. Marcin. I wszystko jasne. Jej sfrendzonowany były, wciąż zakochany, gotowy na jej każde skinienie. Czasami aż mi było go żal, chociaż ze zrozumiałych względów nie darzył mnie wielką sympatią. Starał się jednak nie okazywać tego zbyt ostentacyjnie. W ogóle był całkiem spoko gościem i gdyby nie tło naszej znajomości, to czuję, że moglibyśmy się nawet zakumplować. – Gratulacje – odparłem bez emocji. Byłem tak zmęczony, że sekt, zamiast rozweselać, zaczynał mnie już usypiać. – Stary, ja bym na twoim miejscu uważał – ostrzegł mnie Adam i wyciągnął rękę po butelkę. Podałem mu ją. – Jeszcze Marcin sprzątnie ci narzeczoną sprzed nosa. Tego, że to ja mu ją sprzątnąłem, i to dwa razy, też nie chciało mi się wyjaśniać. Wyobraziłem sobie natomiast, jak się rzucił po tę muchę, pewnie jeszcze bardziej gorliwie, niż dziewczyny po bukiecik. Olka za to wybuchnęła perlistym śmiechem, jakby właśnie usłyszała najlepszy dowcip na świecie. – Babcia Michała powiedziała, że pasujemy do siebie – przypomniała sobie. – „Bylibyście taką ładną parą!” – zacytowała, komicznie modulując głos. Mnie tym nie rozbawiła. – No to już, droga wolna – mruknąłem wkurzony. – Ej, no weź. – Szturchnęła mnie w ramię. – Przecież to tylko żarty. Wiesz, jaka jest babcia Michała. Ma już swoje lata. – Dlatego musisz powtarzać po niej wszystkie głupoty? – Czyżbyś był zazdrosny? – Ola spojrzała na mnie filuternie. – Nie! – W życiu bym się do tego nie przyznał. – Oj, chyba troszkę. – Spróbowała mnie połaskotać po żebrach, ale odsunąłem się zdecydowanym ruchem, naburmuszony, i wyciągnąłem z paczki kolejną cygaretkę. – Jezu, jaki ty jesteś dzisiaj beznadziejny. – To idź do Marcina. – Ej no, misiaczki, nie kłóćcie się. Taki piękny wieczór. I taka piękna kobieta – wtrącił się Adam i puścił oczko do Oli. Rozchichotała się od razu, laskom to jednak niewiele potrzeba. Wdali się w wesołą rozmowę, w której ja już nie uczestniczyłem. Odniosłem wrażenie, że moja świadomość zaczyna się pomału wyłączać, jak światła gaszone jedno po drugim w długim korytarzu. Z uczestnika wydarzeń zmieniłem się w obserwatora, czując niemalże, jak patrzę z boku nawet na samego siebie, stojącego wśród ludzi z uprzejmym, wymuszonym uśmiechem, oczami płonącymi od niewyspania i uczuciem, że od niewygodnych ubrań mam poobcierane już całe ciało. Zdjąć te szmaty, wziąć chłodny prysznic i walnąć się nago do łóżka, tylko tego chciałem. Nie pamiętam, co się działo dalej. Obudziłem się dobrze po drugiej na sofie w ogrodowym pawilonie, zmarznięty, z obolałym od karkołomnej pozycji kręgosłupem. W sali wciąż grała muzyka, słyszałem głośne śmiechy i śpiew. Nad sobą zobaczyłem Michała, który właśnie próbował mnie przykryć marynarką. Nie bez trudu usiadłem, wziąłem ją od niego i narzuciłem sobie na plecy. – Wszystko w porządku, Nowi? – zapytał, siadając na fotelu obok. – Mhm. Był lekko wstawiony, ale przytomny. Ze swoją ponad stukilową masą nie upijał się tak łatwo, no i przede wszystkim umiał nad tym panować, kiedy było trzeba. Michał to nie jest człowiek, który urżnąłby się na własnym weselu. – Przyniosłem ci wodę. – Podał mi małą mineralną. – Dzięki. Wypiłem niemal pół butelki na raz, przepłukując suche usta. – Wiesz, że to ja powinienem się dzisiaj stresować, a nie ty, prawda? – rzucił żartobliwie, patrząc na moją wymiętą twarz. – To nie należy do obowiązków świadka. Nieprzesypianie nocy w zastępstwie za pana młodego również. Naprawdę aż tak to przeżywasz? – Nie wiem. – Pomasowałem palcami powieki zmęczonych oczu. Te dwie godziny niewygodnego snu nic mi nie dały, poza jeszcze większym rozmemłaniem. – Myślisz o tym, jak to będzie u was? – spróbował zgadnąć i, co tu dużo mówić, nie pomylił się. Ta cała impreza była dla mnie męcząca z jeszcze jednego powodu. Ludzie nie dawali mi ani na chwilę zapomnieć o tym, że jestem następny w kolejce. Z każdej strony byłem zasypywany pytaniami, no to kiedy, kiedy, kiedy wy? Wyraz mojej twarzy chyba wystarczył za odpowiedź. – Spójrz na to od jasnej strony. Przynajmniej przeżyłeś to jako świadek i będziesz na świeżo. Na twoim własnym ślubie już cię nic nie zaskoczy. – Michał nachylił się w moją stronę i poklepał mnie po udzie. – Poza faktem, że biorę ślub? – zadałem retoryczne pytanie. Roześmiał się, ale mnie wcale nie było do śmiechu, więc i on zaraz spoważniał. – Jedź już do domu – zaproponował. – Zamówię wam taksówkę. I tak spisałeś się na medal. Mam nadzieję, że będę równie dobrym świadkiem dla ciebie. Jeśli oczywiście to mnie wybierzesz. To był moment, w którym powinienem go zapewnić, że tak, oczywista sprawa, nie ma innej opcji. Ewentualnie Tobiasz, no ale Michał, z racji przyjacielskiego stażu, miałby jednak pierwszeństwo. Był tylko jeden problem… – Michał, muszę ci o czymś powiedzieć. *** Był czerwiec, kiedy pojechaliśmy z Olą na pierwsze wspólne wakacje. Zaplanowałem dla nas objazdówkę po Chorwacji. Zaczęliśmy od Zagrzebia. Pokazałem jej Górne i Dolne Miasto, ale także blokowisko po drugiej stronie Sawy, na którym spędziłem dzieciństwo. Odnalazłem mój blok, a w nim okna naszego dawnego mieszkania. Drogę, którą byłem odprowadzany do szkoły. Plac, gdzie bawiłem się z innymi dzieciakami. Osiedle jak osiedle, trudno wpaść w zachwyt. Tym bardziej nie przypuszczałem, że będę tymi widokami tak poruszony. Gdybym wiedział, może wcale nie odważyłbym się pojechać. Widocznie nawet najsłabsza scenografia, która była tłem dla dzieciństwa, automatycznie staje się najpiękniejszym krajobrazem na świecie. Potem wyruszyliśmy w stronę Rijeki, by magistralą w kilku etapach dojechać do Makarskiej. Od dawna marzyła mi się taka podróż, w sumie myślałem nawet o Dubrowniku, ale wtedy harmonogram stawał się zbyt napięty, bez szans na jakikolwiek dłuższy odpoczynek. Zostawiłem więc Dubrownik na następny raz. Wyjazd był fantastyczny. Odpoczywałem tak, jak nie miałem okazji odpocząć od dawna, chociaż kawał czasu spędzałem za kierownicą. Jednak trasa była przyjemna, nam się donikąd nie śpieszyło, a krajobrazy sprawiały, że moje oczy nie raz stawały się dziwnie mokre i musiałem zjeżdżać na najbliższy parking, żeby trochę opanować wzruszenie. Widok Adriatyku powoli kruszył we mnie najbardziej skostniałe fundamenty, wydobywając z nich urywki wspomnień. Nie byłem tam od lat, właściwie od dziecka. Wymazałem te pejzaże z pamięci, by móc jakoś funkcjonować w kraju, gdzie morze było zimne i sine, przerażające tak, że nawet nie chciałem się do niego zbliżać. Ojciec próbował mnie do tego przekonać, raz, drugi, ale uciekałem z płaczem przed tą nieprzezierną, nieprzewidywalną otchłanią. Przypominał mi, że przecież kochałem kąpiele w morzu. Tak, ale w moim, a nie w tym, odpowiadałem przez łzy. W moim ciepłym, łagodnym, lazurowo czystym Jadranie, na okolonych wzgórzami plażach jugosłowiańskich wysp. W końcu ojciec dał sobie spokój. Dopiero kilka lat później, już jako nastolatek, sam się odważyłem na bliższy kontakt z Bałtykiem. Ale czy go kiedykolwiek pokochałem? Nie. Wzbudzał we mnie podobne odczucia, jak moja matka, kiedy na moją sugestię, że zjadłbym coś słodkiego, odpowiadała: „To weź sobie jabłuszko”.
Free reading for new users
Scan code to download app
Facebookexpand_more
  • author-avatar
    Writer
  • chap_listContents
  • likeADD