Chapter 3

2070 Words
Teraz wchodziłem do wody przy każdej nadarzającej się okazji, mimo że miejscami była jeszcze dość chłodna. Pozwalałem jej, by swobodnie unosiła mnie na powierzchni albo nurkowałem do samego dna. W końcu czułem, że jestem we właściwym miejscu, że świat i ja nareszcie staliśmy się kompatybilni. Człowiek w siedemdziesięciu procentach składa się z wody? Być może. Ale jakość tej wody ma znaczenie. Moje siedemdziesiąt procent to z pewnością Adriatyk. – Jak to z tobą jest? – spytała pewnego dnia Ola, patrząc na moje zaszklone po raz kolejny oczy, z którymi już się nawet przed nią nie kryłem. – W tej swojej bałkańskiej połowie jesteś bardziej Serbem czy Chorwatem? I to jest pytanie z rodzaju tych, czy jestem bardziej homo czy hetero. Jestem jednym i drugim, zależnie od okoliczności, a jednocześnie żadnym z powyższych. Najchętniej w ogóle bym się w tej kwestii jednoznacznie nie określał. Dlatego kto nie musi, o tym nie wie. Podobnie ma się sprawa z moim pochodzeniem. Urodziłem się w Jugosławii, nie w Serbii czy Chorwacji. Jugo już dawno nie ma, pomału dorasta pokolenie, które już nawet jej nie pamięta, a ludzie wciąż domagają się etykietek, deklaracji, lubią wyraźne opowiadanie się po konkretnej stronie. Lubią sobie porządkować świat binarnie, chociaż nie bez powodu funkcjonuje takie pojęcie jak spektrum. Gdyby spytać moją matkę, bez wahania odparłaby, że jest Serbką, chociaż nawet w jej przypadku jest to ciut bardziej skomplikowane. Ja już nie mam tej pewności. Ale mówienie ludziom, że moja krew jest jugosłowiańska, rzadko ich satysfakcjonuje, podobnie jak odpowiedź, że jestem bi. Następne, co po tym słyszę, to „No tak, ale…” I tak można ciągnąć ten temat bez końca. – Mój kraj dzieciństwa to Jugosławia – odpowiedziałem Oli przez ściśnięte gardło. – Nie chcę się opowiadać po żadnej stronie. – Rozumiem – odparła i nie pytała więcej. Podziękowałem jej za to w duchu. Była naprawdę świetną towarzyszką na tej wyprawie. Nie miała wygórowanych wymagań, nie marnowała pół dnia na strojenie się i pacykowanie, chodziła w trampkach i ani razu nie narzekała, że bolą ją nogi. Do wszystkiego podchodziła z uśmiechem, nawet do drobnych trudności, tak jak wtedy, kiedy na miejscu zaplanowanego noclegu zastaliśmy tylko wielkie zdziwienie naszym przyjazdem. To oczywiście ja coś pojebałem z datami, gospodarze spodziewali się nas równo za miesiąc, lecz mimo to znalazło się dla nas spanie, chociaż nie tak komfortowe jak to, na które liczyliśmy. Ale i tak było lepszą opcją, niż spanie w samochodzie. W końcu dojechaliśmy do Splitu. I tu się skończyła moja sielanka. Wieczorem wybraliśmy się na spacer na plażę, żeby obejrzeć zachód słońca. Siedzieliśmy pod palmą na kamiennym murku, popijając piwo. Olce włączyło się gadanie, mnie dla odmiany nie, więc głównie monologowała, czego słuchałem jednym uchem, zapatrzony w ciemniejącą, łagodnie falującą wodę. Wiedziałem tylko, że tematem przewodnim jest ślub Michała i Soni, który Ola przeżywała, jakby miał być jej własnym. – Wiesz, że nie powinniśmy być oboje ich świadkami? To podobno przynosi pecha – rzuciła nagle kuriozalnym stwierdzeniem, którego nie mogłem pozostawić bez komentarza. – Naprawdę wierzysz w takie zabobony? Myślałem, że jesteś mądrzejsza. Roześmiała się i dała mi lekkiego kuksańca w ramię. – Nie wierzę. Inaczej bym się nie zgodziła na to, żebyś był świadkiem. – To dobrze – odetchnąłem, ale poczułem, że zasiała we mnie jakieś ziarno niepokoju. Człowiek to jednak głupi jest. – A ten pech działa już teraz czy dopiero po? Jakby co, mamy assistance. – O samochód bądź spokojny. – Zaśmiała się znowu. – Chodzi raczej o to, że możemy nigdy nie stanąć na ich miejscu. – Na jakim ich miejscu? – No, na miejscu Soni i Michała. No wiesz, jako młoda para – dodała, patrząc w moje coraz szerzej otwarte oczy. Tym razem już nie odpowiedziałem. W głowie zaczęły mi się układać pewne fakty, na które wcześniej w wakacyjnej euforii i lekkim odklejeniu nie zwracałem uwagi, więc czekały oczywiście na idealny moment, by zaatakować mnie szturmem. Ola, nie doczekawszy się mojej reakcji, zaczęła mówić dalej, ale ja już w ogóle jej nie słuchałem. Czułem się tak, jakby wokół mnie zaczęła krążyć natrętna mucha, a potem kolejna, i następna, a w końcu cały rój, a w ich brzęczeniu rozpoznawałem urywki naszych wcześniejszych rozmów. Do tej pory byłem przekonany, że Ola tylko teoretyzuje, mówiąc o nas w kontekście małżeństwa. Że jest pod wrażeniem zbliżającego się ślubu naszych przyjaciół, z nami w roli świadków. Że te jej pytania, czy podobają mi się obrączki z białego złota, albo co sądzę o białej sukni w Urzędzie Stanu Cywilnego, albo jakie nazwisko by mi się najbardziej u niej podobało – jej, moje czy może łączone – są zadawane bez ukrytego podtekstu, dla rozrywki, żeby się razem pośmiać. Ale teraz w końcu zrozumiałem. Ona tego wszystkiego po prostu chciała. Obrączek, białej sukni, mojego nazwiska. Jak w transie wstałem z murku i zacząłem powoli iść wzdłuż brzegu, jakby w nadziei, że ten rój much zostanie w tyle. Olka dogoniła mnie po kilku krokach i o coś zapytała, ale równie dobrze mogła zadać to pytanie po chińsku. Gorączkowo starałem się pozbierać jakiekolwiek myśli. Wypite wcześniej piwo bynajmniej mi w tym nie pomagało, wrodzona konstrukcja mojego biegunowego mózgu również nie. W końcu przystanąłem, bo poczułem, że nie jestem w stanie równocześnie wykonywać dwóch czynności na raz, to znaczy iść i myśleć. Dobrze, że chociaż nie zapomniałem o oddychaniu. Ola spojrzała na mnie zdziwiona. – Sasza, wszystko okej? Co się stało? Nabrałem powietrza, ale nic nie powiedziałem. Czułem, że ta sprawa już nie wyjdzie mi z głowy. Najlepiej więc będzie wyjaśnić to sobie tu i teraz, i resztę urlopu spędzić w spokoju… Wiem, jak to brzmi. Teraz, z perspektywy czasu wyraźnie dostrzegam idiotyzm mojego toku myślenia. Ale wtedy naprawdę myślałem, że to jedyne słuszne rozwiązanie. Szczerość. Gra w otwarte karty. Ubicie złudnych nadziei w zarodku, zanim wykiełkują w niemożliwy do wykarczowania baobab. – Ola… – zacząłem, starając się jakoś delikatnie dobrać kolejne słowa, tak, by nie sprawić jej przykrości, a tylko zaznaczyć, że nie pójdziemy tą drogą, co Michał i Sonia. No i zrobiłem to idealnie. Po prostu, kurwa, idealnie. – A ty byś chciała się chajtnąć? Jej twarz momentalnie się rozpromieniła. Rzuciła mi się na szyję z radosnym okrzykiem i zanim zdążyłem się zorientować, co się właściwie stało, usłyszałem: – Tak! Tak! Tak! *** Michał wysłuchał mojej opowieści ze spokojem, chociaż w jej trakcie coraz częściej gryzł dłonie albo pakował je do oczu, ciężko wzdychając. – To znaczy, że wcale tego nie chcesz? – upewnił się, kiedy skończyłem. – Nie. – Kurczę, a ja się tak ucieszyłem, kiedy Ola zadzwoniła do Soni z tym newsem. – Przykro mi, że cię rozczarowałem – odparłem, sam rozczarowany, że zamiast okazać mi wsparcie, on mnie jeszcze pogrąża. – Nowi, przecież tu nie chodzi o moje rozczarowanie, tylko o twoje życie. Myślałem, że wreszcie robisz odważny krok, w dodatku z Olą, no nie mogłoby się ułożyć lepiej… – Nie, Michał. Nadal jestem tchórzem – mruknąłem. – Oraz i***tą, który nie panuje nad własnymi słowami. Ja jej się wcale nie oświadczyłem, stary. To jest po prostu grube nieporozumienie. – Właśnie widzę. I co zamierzasz z tym fantem zrobić? – Nie wiem. – Sasza… – westchnął po raz kolejny, z twarzą wyrażającą szczere zatroskanie. – Sasza… Na litość boską. Ona nosi pierścionek od ciebie, który uważa za zaręczynowy. Zdajesz sobie sprawę, że z tego etapu nie ma bezbolesnego odwrotu? – Tego się właśnie obawiam – przyznałem. To prawda, miała też pierścionek. Od momentu tego fatalnego pytania przystawała przed każdym stoiskiem z biżuterią, z oczyma lśniącymi nie mniej niż te wszystkie błyskotki. Udawałem, że nie wiem o co chodzi, dopóki nie zapytała otwarcie: – To co, może kupisz mi w końcu coś na palec? – Dobrze – zgodziłem się z rezygnacją. – Wybierz sobie, co chcesz. Wybieranie trwało dobre pół godziny, może dłużej. Podchwyciłem wzrok sprzedawcy, tak samo znużony jak mój, chociaż oczywiście bez słowa skargi podawał jej kolejne sztuki. Zagadałem do niego po chorwacku, ucieszył się, że turyści z Polski w końcu się uczą języka, więc wyjaśniłem mu, że w połowie jestem jego rodakiem. Ucieszył się jeszcze bardziej. Zdążyliśmy sobie opowiedzieć całkiem niezły kawał życiorysów, zanim usłyszałem w końcu: – Chcę ten. – Proszę. Pamiątka z Chorwacji – zaznaczyłem, kiedy zapłaciłem za wybrany pierścień. Czułem, że w tym momencie oszukuję już tylko samego siebie, próbując sobie wmówić, że nic się nie stało, to się wyjaśni, to się odkręci. Nie, kurwa, nic się nie odkręci. Przekazała już tę radosną nowinę przez telefon rodzicom, bratu, Soni. Michał zdążył mi pogratulować, moja matka również. Absurd tej sytuacji mnie przerastał. Jedynym pozytywnym aspektem był seks, lepszy niż kiedykolwiek wcześniej. Olka naprawdę dawała mi z siebie wszystko, ale po tym czułem się jeszcze bardziej podle, jakbym jej podstępem podbierał coś, co do mnie nie należało. – I co ty z tym zrobisz? – powtórzył Michał. Sprawiał wrażenie, jakby całkiem wytrzeźwiał. Spojrzałem na niego bezradnie. – Nie wiem, Mike. Nie wiem. – Chcesz z nią być? Kochasz ją? – Tak – odparłem bez cienia wątpliwości. – Tylko nie chcę tego pieprzonego ślubu. Może po prostu na tym pierścionku poprzestaniemy i… – Sasza, nie. – Wszedł mi w słowo. – Nie możesz tego odwlekać w nieskończoność. To ci się odbije paskudną czkawką. A poza tym wieczne narzeczeństwo to najgorsze, co możesz zrobić Oli. To tak, jakbyś psu na łańcuchu położył przed nosem kawałek kiełbasy pięć centymetrów poza jego zasięgiem. Tak się nie robi. Jego metafora była obrazowa i skuteczna. – Masz rację – kiwnąłem głową, chociaż treść żołądka podeszła mi do gardła. Michał popatrzył na mnie z namysłem. – A może po prostu pójdź za ciosem? I tak razem mieszkacie, myślisz, że ślub wiele zmieni? – Kurde, nie wiem. Nawet do tego się jeszcze do końca nie przyzwyczaiłem, Mike. Jesteśmy razem dopiero pół roku, kto się chajta po takim czasie? – Nowi. – Mój przyjaciel odchrząknął znacząco. – Może ty z nią ustal, od kiedy razem jesteście. Albo nie! – przeraził się chyba, że wezmę to dosłownie. – Nic nie ustalaj, lepiej ja ci powiem. Ola twierdzi, że od roku. I że oświadczyłeś się jej właśnie w rocznicę. – Rocz…?! Aaa… – Chociaż jedna kwestia mi się w końcu wyklarowała. – A poza tym może faktycznie nie mieszkacie ze sobą długo, ale przecież znacie się od lat – perswadował Michał. – Sam mi mówiłeś wiele razy, że to najlepsza przyjaciółka, jaką miałeś. No słuchaj, żona, która jest najlepszą przyjaciółką? To jak trafić szóstkę w totka. Żachnąłem się i wstałem z sofy. Podszedłem na skraj pawilonu i złapałem za jedną z rurek stelażu, kiedy nieoczekiwanie zakręciło mi się w głowie. – Tak, to wszystko prawda, ale ja nie chcę brać ślubu, rozumiesz? Nie chcę. W dołku mnie ściska, kiedy o tym pomyślę. – Ale dlaczego? – Wstał za mną i podał mi wodę, którą zostawiłem na podłodze przy siedzisku. – Pij, nawodnij się trochę. Chyba myślał, że wypiłem za dużo wódy, ale ja byłem po prostu zmęczony. Posłusznie opróżniłem jednak buteleczkę do końca. – Czego się boisz? Samego ślubu czy tego, co będzie po nim? Powiedz mi, zwerbalizuj to – naciskał, nieodrodny syn swego ojca, psychiatry. Usiadłem na drewnianym podeście pawilonu i podparłem głowę rękami. Zaraz przepalą mi się styki, pomyślałem. Naprawdę jechałem już na rezerwie, a on jeszcze cisnął temat, który dosłownie spędzał mi sen z powiek. – Ja się nie boję. Po prostu nie chcę. Weź tego swojego psa na łańcuchu i wepchnij mu tę kiełbasę do tyłka, wmawiając mu, że przecież sam o nią prosił. Rozumiesz w końcu? Michał ciężko klapnął obok mnie i położył mi na ramieniu dłoń. – Czy to ma związek z twoją… – zaczął i wtedy nie wytrzymałem. Rzeczywiście, moja metafora nie była zbyt fortunna, ale czy ludzie wszystko muszą sprowadzać do jednego? – Nie, kurwa! To nie ma związku z moją orientacją! – odparłem trochę zbyt nerwowo i o wiele za głośno. Popatrzył na mnie bez cienia urazy. – Chciałem zapytać, czy to ma związek z twoją obawą przed bliskością. Wydawało mi się, że sobie z tym poradziłeś, ale widzę, że chyba nie do końca. Nie odpowiedziałem. Zresztą nie musiałem, to było boleśnie oczywiste. Bliskość jest dla mnie trudnym tematem. Jednocześnie jej szukam i przed nią uciekam. Im więcej dostaję swobody od moich partnerów, tym piękniej się im odwdzięczam. Jednak tym razem sytuacja była patowa. Ledwo co dałem się zwabić w bliższą relację, przekonać do wspólnego zamieszkania, chociaż po ostatnim niepowodzeniu obiecałem sobie, że nigdy więcej, ledwo się odważyłem wpuścić kogoś w moje życie, może na chwilę, może na dłużej, ale na pewno bez deklaracji, bez obietnic, całkiem na luzie…
Free reading for new users
Scan code to download app
Facebookexpand_more
  • author-avatar
    Writer
  • chap_listContents
  • likeADD