Chapter 2

2000 Words
Po powrocie na ganek zobaczyłem, że mężczyzna wciąż leży pod kocem, ale oczy ma otwarte. Spojrzał na mnie całkiem przytomnie, choć trudno powiedzieć, co sobie pomyślał. Zmarszczył tylko brwi. Chyba nie pamiętał, jak się tu znalazł. Na wszelki wypadek znowu zająłem fotel po drugiej stronie werandy. – Wypij trochę soku – wskazałem na szklanki. – Tam jest też rozpuszczona aspiryna. Nie jesteś przypadkiem na nią uczulony? Już zacząłem wątpić, że mnie słyszy, ale on chyba zbierał siły. Stęknął lekko i usiadł na kanapie, przytrzymując koc przy piersi. Spojrzał w dół, na swoje stopy. – Twoje ubranie się suszy – wyjaśniłem. Sięgnął po szklankę z sokiem pomarańczowym. Zanim przytknął ją do ust, z powodu drżenia rąk rozlał trochę na blat stołu. Ale kiedy zaczął pić, nie przestał, zanim nie opróżnił naczynia do dna. Potem równie szybko rozprawił się z aspiryną. Udałem, że nie widzę, kiedy najpierw badawczo powąchał mętny płyn. Nie poczułem się urażony brakiem zaufania. Ja w podobnej sytuacji też bym zachował czujność. Zastanawiał się nad czymś i w końcu powiedział: – Muszę do kibelka. Głos miał bezbarwny i trochę niewyraźnie wymawiał słowa. Może z powodu rozbitej wargi. Wskazałem w głąb przedsionka. – Na samym końcu – wyjaśniłem. – Tylko się nie przestrasz. Nad wanną wisi twój garnitur. Sporo wycierpiał. Skinął głową i wstał. Nieco chwiejnie poczłapał w samych skarpetkach. Nie ruszałem się, dopóki nie wrócił na kanapę. Siedział jeszcze przez chwilę, ale widać było, że walczy z sennością. – Zostawię cię tu na noc – powiedziałem. – Zamknę drzwi do przedsionka, ale wyjściowe są otwarte. Zostawię ci sok i kilka kanapek. Jeżeli będziesz chciał skorzystać z toalety, albo źle się poczujesz, zapukaj w ścianę. Tam jest moja sypialnia. Na pewno się obudzę. Marszczył swoje czarne brwi, ale chyba zrezygnował z zadawania pytań. Skinął znowu głową, zarzucił na siebie koc i natychmiast zasnął. To dobrze, sen jest najlepszym lekarstwem. Na wszelkie dolegliwości. Tak samo ciała, jak i duszy. Do późna biedziłem się z czyszczeniem garnituru. Około północy wyprasowałem go jeszcze przez wilgotną ściereczkę. Zmęczenie dało o sobie znać i tylko sprawdziłem, czy mój gość śpi. Stałem przez chwilę w progu ciemnej i chłodnej werandy, słuchając jego niespokojnego oddechu. Musiał coś śnić i zapewne nic dobrego. Pomyślałem, że rzadko śnią się ludziom rzeczy przyjemne. Być może tylko w dzieciństwie, a później dobro się rozmywa, z czasem jego definicja staje się niejasna. Z wiekiem wszystko ulega wymieszaniu i w końcu przegrywa z szarą strefą wartości. Nasłuchując zauważyłem, że deszcz przestał bębnić w dach. Wróciłem do przedsionka, zamknąłem drzwi na klucz i poszedłem spać. Mnie nic się nie przyśniło. Rano wyglądał już dużo lepiej. Wziął gorący prysznic, a ja przygotowałem mu czyste ubranie. Wprawdzie okazało się, że prawdziwą przyczyną osłabienia było niedożywienie i gorączka, ale na żebrach miał kolejne, paskudne stłuczenia. Zauważyłem to w chwili, kiedy zakładał pożyczoną koszulę. Skrzywił się i syknął przez zęby. – Osłoniłem głowę, ale kiedy upadłem, zaczęli mnie kopać – wyjaśnił niechętnie. Nic na to nie powiedziałem, ale widać czuł się zobowiązany, żeby wytłumaczyć. – Tak naprawdę nie jestem menelem, który… – Niczego mi nie zawdzięczasz – przerwałem. – Zjemy śniadanie i wtedy sam zdecydujesz, co dalej. Dobrze wyczułem, że ten człowiek ma swoją historię. Tacy jak on wyróżniają się z nijakiego tłumu, chociaż potem mogło się też okazać, że tak naprawdę nie chciałem słyszeć tego, co miał do powiedzenia. Muszę się przyznać, że gromadzenie dobrych ubrań pasjonuje mnie prawie tak samo, jak kolekcjonowanie ludzkich życiorysów. Rzucił się na jedzenie zachłannie, więc nie miałem sumienia mu przerywać. Dopiero kiedy zniknęły jajka na twardo, podgrzewane oliwki, kozi ser i cały chleb, wtedy jako deser pokroiłem dojrzałe mango, zaparzyłem jeszcze jeden dzbanek kawy. – Nazywam się Krzysztof Warda – powiedział, westchnął ciężko i odchylił się na oparcie kuchennego krzesła. – Powinienem był wcześniej… – Zrobiłeś to teraz. Nie ma o czym mówić. Połknij dwie aspiryny. – Przesunąłem po blacie stołu pigułki. – Wprawdzie gorączka minęła, ale te sińce muszą naprawdę boleć. Wziął do ręki lekarstwo, ale tylko obracał je w palcach. Wiedziałem, co teraz nastąpi, ale udawałem, że jestem zajęty nalewaniem kawy. Pociągnąłem łyk, czując na sobie jego uważne spojrzenie. Naprawdę potrafił patrzeć. Jak drapieżnik. – Czy pan jest… – zawahał się. – Gejem? Czegoś pan chce ode mnie? Pokręciłem przecząco głową. Popijając kawę zastanawiałem się nad odpowiedzią. – Nie jestem pedałem – wyjaśniłem. – W młodości przeprowadziłem jeden koleżeński eksperyment z grecką miłością, ale nie podobało mi się. Od tego czasu jestem wyłącznie heteroseksualny. Czasem popatrzę za dziewczętami w wieku szkolnym, ale nie uważam się za pedofila. Nawet seks z przypadkowymi kobietami uprawiam raczej rzadko. Myślę, że tak naprawdę wolę długie i satysfakcjonujące podboje. Na dodatek traktuję te sprawy jako element procesu rozmnażania. Wrzucił do ust aspirynę i popił kawą. Chyba udało mi się go wprawić w zakłopotanie, a może też trochę rozbawić. Nie był więc człowiekiem zupełnie straconym. – No to czemu tu jestem? – zapytał wreszcie. Nie odpowiedziałem. Wskazałem na kuchenne okno, gdzie przez od dawna nieprzycinane krzaki kaliny wonnej przebijało słoneczne światło. – Mam dużo czasu – powiedziałem. – Nawet za dużo, jeśli mogę tak powiedzieć. Zmarszczył brwi i znowu obrzucił mnie nieufnym spojrzeniem. Najwyraźniej próbował ocenić, jak się dla niego skończy ten dzień. Powinienem znaleźć sposób i czymś go zainteresować. – Padało przez cały tydzień. Czujesz się na siłach, żeby wyjść na krótki spacer? Był moim gościem, więc musiał się zgodzić. Nawet jeśli wziąć pod uwagę spędzone pod gołym niebem dni, to wciąż jeszcze był cywilizowanym, na swój sposób uprzejmym człowiekiem. Mimo ponurej aparycji, tak naprawdę życie niczego go nie nauczyło. Ciekawe jak głęboko musi zostać zraniony, żeby wreszcie zmądrzał? Ubrany w jeden z moich swetrów i swoje szare spodnie od Holland & Sherry, Warda wyglądał o wiele lepiej. Nawet sińce na twarzy jakby trochę zbladły. Nadal poruszał się sztywno, odruchowo przyciskając dłoń do stłuczonego boku. Nawet po kilku aspirynach musiał mu dokuczać. – Nie idziemy daleko – pocieszałem, zamykając drzwi na klucz. – Dosłownie przez ulicę. Dużo spacerowałem przez kilka ostatnich tygodni i nie potrafię usiedzieć na miejscu. Skinął głową, ale tak naprawdę patrzył na drewnianą fasadę. – Dziwne miejsce – stwierdził. – To prawda. Podwójnie na uboczu. Kiedyś ten dom musiał należeć do zabudowań gospodarczych jednej z pobliskich willi. Parterowa, podłużna bryła o dwuspadowym dachu, zbudowana z ułożonych w jodełkę desek. Po bokach, w odległości najwyżej pięciu metrów, górowały nad nami ślepe ściany sąsiednich budynków. Na dodatek wszystko gubiło się w zielonym cieniu dwóch rozłożystych klonów. – Idealne miejsce na morderstwo – mruknął pod nosem Warda. – Masz nadzwyczaj ponure myśli – zaśmiałem się. – Wyjdźmy na słońce. Na wszelki wypadek zamknąłem pierwszą furtkę, bo druga, ta przy samej ulicy, odrapana i zardzewiała, najwyraźniej od zawsze stała otworem. – To nie jest mój dom. Tylko go wynajmuję. – Brak numeru. Tutejszy listonosz musi znać wszystkich na pamięć. – Pewnie masz rację. Wskazałem drogę i ruszyliśmy spacerowym krokiem. Minęła dziesiąta przed południem, ale zapomniałem, jaki jest dzień tygodnia. Sprawdziłem na telefonie. Środa. Warda zauważył mój gest. – Spieszy się pan? – Nie – zaprzeczyłem. – Wręcz przeciwnie. Czekam na wiadomość, ale nie jestem pewien, kiedy przyjdzie. – To coś ważnego? Czułem, że próbuje mnie wybadać. – Dla mnie tak. Ale jeszcze ważniejsze dla moich pracowników. Obaj zamilkliśmy, mijając betonowy kościół, przypominający raczej część umocnień „Festung Breslau” niż miejsce kultu, i potem przekraczając ruchliwą ulicę Powstańców Śląskich. W wyciem silnika przemknął motocykl. W zatoczce zatrzymał się autobus i wyrzucił ze swojego wnętrza tłumek starych ludzi. Ich grupa podzieliła się na dwie części. Jedna ruszyła w kierunku kościoła, druga, razem z nami, zmierzała do Parku Południowego. Kiedy już szliśmy zadrzewionymi alejkami, widziałem jak twarz Wardy zaczyna się zmieniać. Chyba sobie mnie przypomniał. Odwrócił się ze zmarszczonym czołem i na wpół otwartymi ustami. Ale nie padło żadne pytanie. Dotarliśmy do stawu, żeby zająć jedną ze stojących w słońcu ławek. Na szczęście jej siedzisko zdążyło już wyschnąć po wielu dniach ulew. – Ten park zaprojektowali architekt Hugo Richter i botanik Ferdinand Cohn pod koniec dziewiętnastego wieku – powiedziałem. – Na gruntach podarowanych miastu przez jednego tylko właściciela. W zamian za podłączenie wsi Borek do sieci kanalizacyjnej i gazociągowej. Wyobrażasz sobie, jak bardzo musiał być bogaty? Warda w milczeniu patrzył przed siebie, na fontanny wyrzucające wodne kurtyny i kaczki ganiające się po powierzchni stawu. – Chyba pana pamiętam – powiedział wreszcie. – Widziałem pana w czasie parkowej imprezy. Boksowali się dwaj chłopcy. – Tak jest – przytaknąłem i założyłem nogę na nogę. – Właśnie dlatego cię tu przyprowadziłem. Inaczej byś mi nie uwierzył. – Śledził mnie pan? – No właśnie – westchnąłem, udając rezygnację. – O tym właśnie mówiłem. Wyciągnąłem rękę i złapałem za nogawkę jego spodni. – Tylko dlatego w ogóle cię zauważyłem. – Przez spodnie? – Nawet teraz się nie uśmiechnął. – Holland & Sherry. Nareszcie jego nieufna do tej pory twarzy trochę się wygładziła. – Zbyt dobrze dopasowany komplet, żeby był kradziony – mówiłem wciąż tonem wyjaśnienia. – Jeżeli ktoś ubrany w taki garnitur śpi w parku, musi mieć ku temu powody. – Czyli gdyby nie ta naszywka, siedziałbym w izbie wytrzeźwień? – zapytał. – Nawet mimo tej naszywki – stwierdziłem trochę złośliwie. – Gdyby nie padał deszcz, a ja bym się nie przestraszył dzieci w ogrodzie zoologicznym, wtedy byś tam wylądował bez cienia wątpliwości. – Czyli to naprawdę był przypadek? – Oczywiście – skłamałem, a ponieważ do tej pory dobrze go traktowałem i w ważnych sprawach byłem całkowicie szczery, chyba mi uwierzył. Nawet wbrew swojemu na pozór nieufnemu usposobieniu. Wydaje mi się, że każdy człowiek potrzebuje chociaż jednej osoby, przed którą mógłby przestać udawać kogoś innego, niż jest w rzeczywistości. Tymczasowo padło na mnie. Słońce zaczęło mocniej przygrzewać, a Warda wciąż był osłabiony, więc przenieśliśmy się na bardziej zacienioną ławkę. Kupiłem w restauracji obok stawu dwa brzoskwiniowe napoje i chociaż okazały się paskudne, obaj cierpieliśmy w milczeniu. – Dlaczego pana interesują takie rzeczy? – Warda wciąż na mnie nie patrzył. – Trzeba się chyba znać na ubraniach… – To prawda. Ja się znam – potaknąłem, skubiąc naklejkę na butelce. – Mam niedużą firmę tekstylną. Właśnie z jej powodu siedzę we Wrocławiu i czekam. – Czeka pan? Na co? Gdzieś za nami basowym głosem szczekał pies. Obejrzałem się. Właściciel wielkiego mastifa rzucał piłkę, a pies, niepomny swoich ogromnych rozmiarów, hasał niczym szczeniak. – Jakiś czas temu odkupiłem zakład tekstylny. Nieźle szła produkcja płaszczy i kurtek, ale ja chciałem zrobić coś lepszego. Konkurować z tym – wskazałem na szare spodnie. – I wszystko poszło nie tak. Jestem umówiony z kilkoma osobami. – Tu, we Wrocławiu? – Tak. Wszystko przez ten cholerny Wrocław. – Dlaczego? Miasto to przecież tylko miejsce. Rozłożyłem spoczywające na kolanach dłonie. – Miasto to ludzie. Gdybym został w Bydgoszczy, mój zakład nadal produkowałby kurtki. Dobry towar, łatwy do sprzedania. Po prostu wystarczy udawać, ze się nadąża za modą. Zamilkłem, próbując powstrzymać powracającą falę złości. Warda czekał. Albo naprawdę zainteresowany, albo miał ochotę posłuchać chociaż raz o problemach, które go nie dotyczą. – Ale mnie to nie wystarczyło – powiedziałem i usłyszałem we własnym głosie rozgoryczenie. – Zbadałem rynki Słowenii, Węgier i Czech. Zatrudniłem dwóch doświadczonych krawców. To nie miały być garnitury na miarę, ale z dobrego materiału. Jeździłem, pukałem do wszystkich drzwi. W kraju nie miałem szans. Ale, o dziwo, na południu chcieli nosić cienkie, eleganckie ubrania. I wtedy przenieśliśmy zakład do Wrocławia… Żeby być bliżej granicy i mieć ułatwiony transport. – I co się stało? – Gdyby to były jakieś problemy z produkcją, transportem… – Potrząsnąłem butelką z resztkami brzoskwiniowego napoju. Na jego powierzchni utworzyła się obrzydliwa piana. – Ale wszystko załatwiła konkurencja. Ci, którym nie w smak był przybysz z zewnątrz. Żadnych gróźb, próby zastraszania. Nic z tych rzeczy. Majowe powietrze wypełniał basowy głos zdyszanego mastifa. Jestem jak ten pies, pomyślałem. Nie potrafię odpuścić, dopóki ktoś mi rzuca piłkę. – Po prostu wszystkie drzwi się zamknęły. W magazynie wieszaki zapełniły się gotowymi ubraniami. Ci, z którymi, jak myślałem, jestem umówiony, nagle zmieniali zdanie. – Nie pomyślał pan, że ktoś z waszej firmy pana zdradził? – Pomyślałem. Ale, na dobrą sprawę, nie mam nic do ukrycia. – A te umowy? Były na piśmie? – Pewnie, że mogę iść do sądu – zaśmiałem się, rozdrażniony. – Za kilka lat może nawet się dowiem, że miałem rację. Wtedy będę mógł wystąpić o odszkodowanie. Na które znowu poczekam kolejne lata. Nie, to nie dla mnie. Jestem kimś, kto nie potrafi odpuścić. – Zemścić się? – Nie. Nawet bym nie wiedział, na kim. Jest kilka osób, z którymi mam się spotkać. – To jest właśnie ta wiadomość, na którą pan czeka? – Dokładnie. – Co oni poradzą? – Jeszcze nie wiem. Może przeniosę się do Czech, może pozwolę komuś wejść do spółki. Na razie czekam. – Jak długo? Sam sobie zadawałem to pytanie. Bardzo długo. Nagle poczułem rozbawienie. – Aż ty wyzdrowiejesz. Warda znowu spochmurniał. Zapewne przypomniał sobie, że to on z nas dwóch jest w większych tarapatach. Tak mi się przynajmniej wydawało. Splótł dłonie na kolanach i zacisnął palce tak mocno, aż stawy chrupnęły. Mimo przyjemnie ciepłego powietrza, od niego wyraźnie powiało chłodem.
Free reading for new users
Scan code to download app
Facebookexpand_more
  • author-avatar
    Writer
  • chap_listContents
  • likeADD