III

2707 Words
III Metalowy klucz zachrobotał w zamku powojennych, drewnianych, dwuskrzydłowych drzwi. Ząb czasu wyrył się na nich w postaci wielu obdrapań odsłaniających kilka warstw olejnej farby w kolorach od słonecznej pomarańczy do ciemnego brązu, nakładanych gdzieś od początków XX wieku. Zdobiona, podrdzewiała gdzieniegdzie klamka pod naciskiem dłoni powędrowała w dół, a nawiązujące stylem zawiasy ze skrzypnięciem oznajmiły ich otwarcie. Odsłoniły one wysoki przedpokój w odcieniu przybrudzonej zieleni z ręcznie malowanymi na biało rombowymi wzorami. Daniel wszedł ostrożnie do środka i zamknął za sobą drzwi. Pomieszczenie wypełniała po jednej stornie duża serwantka6 z połowy XX wieku w kolorze ciemnego orzecha, w której kiedyś umieścił pamiątki po Walentynie, duża szafa ubraniowa, której nota bene jeszcze nie opróżnił oraz po drugiej stronie zdobiony wieszak z mosiężnymi hakami i długa ława w stylu nowoczesnym, niepasująca wyraźnie do otoczenia. Ławę ustawił w przedpokoju sam i służyła oczekującym klientkom. Dalej mieszkanie rozchodziło się w kształt litery Y na dwa pokoje – większy i mniejszy. Większy służył jako miejsce jego pracy i wyposażony był w podobnie wiekowe: komodę, witrynę, okrągły stolik z dwoma fotelami i duże, stare łóżko. Z równie wysokiego sufitu zwisał drewniany żyrandol z żółtoszklanymi kloszami z okresu PRL. Pomieszczenie zatem idealnie pasowało do jego profesji, tworząc niejako zupełnie inny świat niż ten na zewnątrz. Dwa okna zasłonięte były ciężkimi zasłonami, których praktycznie nigdy nie odsłaniał. Przez nie wdzierały się tylko nieliczne promienie słońca. Na wschodniej ścianie znajdowało się wejście do pomieszczenia kuchennego z niewielką ubikacją. Mniejszy pokój, najrzadziej używany stanowił popularną „graciarnię”. Na pierwszy rzut oka mieszkanie wyglądało na używane sporadycznie. Czerwono-czarny dywan wymagał gruntowego wyczyszczenia. Meble choć zabytkowe to jednak nosiły na sobie wyraźne ślady wieloletniego użytkowania. W mniej uczęszczanych zakamarkach kłębiły się całkiem spore kurzowe „koty”, a gdzieniegdzie zadomowił się niejeden nasosznik trzęś7. To jednak według właściciela sprzyjało wytworzeniu mistycznego klimatu wróżenia, którego nie dawało nowoczesne mieszkanie w bloku. Odłożył podręczną torbę, z którą przyjechał, wyjął butelkę z wodą i wziął porządnego łyka, gasząc pragnienie nasilające się od chwili przebudzenia. Spojrzał na zegarek. Było po wpół do pierwszej. Na trzynastą miał umówioną pierwszą klientkę. Nie było zatem zbyt wiele czasu na przygotowanie. Szybko przetarł ze stolika warstwę świeżego kurzu i rozłożył najpotrzebniejsze przybory swojej profesji. Dużą część zajęły talie kart tarota, kart runicznych oraz kart tradycyjnych, położone obok na wpół spalonych świec, kilku kolorowych kamieni, talerzyka z popiołem i innych mniej przydatnych bibelotów. Wiele z nich służyło tylko jako dekoracja. Kolejno zajął się już bardziej nowoczesnym przygotowaniem do wróżenia. Wyskoczył szybko do przedpokoju gdzie zanurzył się głęboko w masywnej szafie przegarniając na bok stare babcine płaszcze. Potem dokładnie zamknął drzwi i zabrał ze sobą kluczyk od zamka, jakby chował tam coś cennego. Z torby wyciągnął niewielki tablet, który po kilkunastu sekundach rozbłysnął jasnym światłem. Następnie spod zabytkowego stolika wysunął szufladkę, niewidoczną na pierwszy rzut oka i podpiął sprzęt pod znajdującą się tam wtyczkę. Chwilę z zafrasowaną miną przesuwał coś intensywnie po ekranie, aż pojawił się tam czarnobiały widok przedpokoju. Tak. W wielkiej szafie miał zamontowaną ukrytą kamerę, której przewód biegnący pod drewnianą podłogą i wydrążonym w nodze stolika kanałem kończył się w tajemniczej szufladzie. Aby być precyzyjniejszym i dobrze poznać osobę, której będzie wróżył wspomagał się nowoczesną technologią. Sportowcy biorą doping i są wielbieni za rekordy, aktorzy mają suflerów i są wielbieni za swoje role, piosenkarze wspomagają się playbackami… Dlaczego on nie może korzystać z pomocy? Miał na to łatwe wytłumaczenie. Obiegł wzrokiem całe pomieszczenie szukając jeszcze ewentualnych rzeczy do poprawienia. W rogu pokoju przy łóżku stała lampa z przekrzywionym, materiałowym abażurem. Nie było sensu go protestować, bowiem jakiś czas temu ułamało się w nim kawałek metalu. Jeszcze tego nie naprawił. Świece! Tak. Rzucił się i szybkim ruchem odpalił kilka świec porozstawianych praktycznie na każdym meblu w pomieszczeniu. Ostatnie zapalił te na stoliku. Były najgrubsze i dawały najmocniejsze światło. Pokój szybko wypełniła woń siarki, spalanych knotów i pomarańczowo-żółta łuna drobnych ogników. W tym momencie skrzypnęły zawiasy drzwi oznajmiające przybycie pierwszej kobiety. Zamknęła je z wyraźnym hałasem. W grafiku odszukał jej nazwisko. Różewska… Stała klientka. Jedna z pierwszych. Na szczęście łatwy obiekt. Choć wracał do formy, to głowa wciąż ciążyła mu na karku jakby była z ołowiu. Najchętniej wziąłby dziś urlop, jakby się dało. Po kilku minutach wystawił głowę zza drzwi i rzucił najmilej jak potrafił: – Dzień dobry pani Różewska! – A dzień dobry Danielku… Myślałam, że jeszcze cię nie ma – odparła radośnie kobieta dobrze po sześćdziesiątce. Różany zapach jej perfum zdążył już wypełnić całe pomieszczenie i zemdlić kogo się da. – Zaraz panią przyjmę pani Różewska, jeszcze tylko kilka minut. – Zawsze tak mówisz Danielku, a każesz na siebie czekać całą wieczność… – No wie pani… – Łagodzki się uśmiechnął niezdarnie udając zakłopotanie – To nie zakład fryzjerski! Tu się nie da umówić, co do minuty. Wie pani przecież, że muszę się wyciszyć, naładować, wyłonić pozytywną energię z tego miejsca, żeby być gotowym spełnić pani oczekiwania. Tym bardziej, że ten dzisiejszy skwar nam nie sprzyja. – Wiem, wiem Danielku. Nie ma problemu. Medytuj tam tak długo jak potrzebujesz, bo mam dziś całkiem wyjątkową sprawę. Wróżbita skinął i zniknął za drzwiami. I tak tym sympatycznym powitaniem zdobył już pierwsze przydatne informacje. Teresa Różewska, sześćdziesięcioczterolatka, wdowa, natarczywie szukająca mężczyzny, dała już do zrozumienia swoją ekscytacją, że wydarzyło się w jej życiu coś ważnego. Znając jej silne ciągotki do ucieczki przed samotnością, z pewnością na jej horyzoncie pojawił się kolejny partner. Który to już? – pomyślał i zgubił się w rachunkach. Powierzchownie znał historię kilku ostatnich. W sumie znając już charakter pani Teresy, nie był zdziwiony tym, że mężczyzn na dłuższą metę odstraszała. Nadopiekuńczość, natarczywość i wręcz upierdliwość przy jednoczesnej gorączkowości i dużej energetyczności stanowiło mieszankę nie do zaakceptowania dla wielu dżentelmenów nie tylko w jej wieku. Wymarzonym partnerem dla niej byłby „Mały Książe” potrzebujący silnej matki i kochanki w jednym, całkowicie się jej poddający, któremu by układała życie. A takich szukać to ze świecą. W końcu poprosił Teresę Różewską do siebie. W progu stanęła puszysta, lecz nadal zgrabna i zadbana kobieta. Za nią posłusznie przywędrował cień jej perfum. Daniel rozsiadł się wygodnie przy okrągłym stoliku i zaprosił ją bliżej siebie. – Cóż zatem do mnie panią sprowadza? – zagadnął. Kobieta siadła naprzeciw niego, zakładając zalotne opaloną nogę na nogę. Gdyby jej nie znał pomyślałby, że go kokietuje. Ona miała to już po prostu w nawyku. Ubrana w barwną, kwiatową sukienkę, odsłaniającą kolana i dość spory jak na swój wiek dekolt. Twarz z perfekcyjnie ułożonym makijażem uśmiechała się w jego stronę poprzez różowe usta podkreślone wyraźną kredką. Niewielką torebkę ułożyła obok siebie w fotelu i poprawiła włosy w jasnym, zimno pastelowym kolorze. – Wiesz Danielku… – spojrzała znad okularów w białych oprawkach – Ze Zbyszkiem… Moim ostatnim facetem… nie wyszło nam… Miałeś rację. Nie pasowaliśmy do siebie. – Dlaczego nie jestem zaskoczony? – pomyślał Łagodzki poprawiając się w fotelu i chrząkając w złożoną pięść. – Rozstaliśmy się, bo wyobraź sobie… poderwał jakąś pindę w sanatorium… młodszą… – głos jakby utknął jej w gardle. Pomachała dłonią, żeby odpędzić łzy. – Pamiętam, że karty mówiły, iż to nieodpowiedni dla pani człowiek. Ostrzegałem panią. – Tak. Dokładnie. Powinnam już wtedy ciebie posłuchać… ale miałam nadzieje, że się ułoży. Dopóki nie znalazłam tych jego SMS-ów… Okłamywał mnie od kilku miesięcy. A ja się nim opiekowałam, dbałam… Ehhh! Faceci są wszyscy tacy sami. – Nieprawda pani Teresko. Faceci są różni. Gorsi lub lepsi. Pani jeszcze po prostu nie trafiła na tego odpowiedniego. Ale też, jak pamiętam, już rozmawialiśmy, że los uczynił z pani kobietę silną, bardzo emocjonalną i energetyczną, a przez to trudniej jest pani wejść w partnerski związek z mężczyznami. Przypomni mi pani swoją datę urodzenia… – złapał za ołówek i niewielki notesik leżący na stoliku. – 27 września 1953 roku. Chwilę coś szybko pisał, a pomieszczenie wypełnił tylko dźwięk rysika szorującego szybko po kartce. W końcu rzucił z poważną miną: – Numerologicznie wibracja pani urodzenia jest dość ciekawa, bowiem sumując poszczególne cyfry pani daty urodzenia otrzymujemy trzy dziewiątki, które sprowadzając do jednej cyfry poprzez sumowanie ostateczne też w efekcie dają dziewiątkę. Świadczy to o tym, że jest pani niezwykle silną dziewiątką i to jest wibracja określająca ostateczny rozrachunek w pewnych sprawach oraz próbę rozumianą w kontekście wyzwania: im wyżej się wchodzi, tym więcej widać i tym więcej trudności się pojawi. To ostatnia z wibracji podstawowych i pierwsza przed wibracjami mistrzowskimi, do których należą cyfry podwójne 11, 22, 33 i tak dalej. Wpływ tej wibracji powoduje, że ma pani bardzo duży dystans do życia i trochę inny system wartości, niż świat, który panią otacza. Również jeśli chodzi o oczekiwania. Dostrzega pani przede wszystkim rolę i wagę uczuć w życiu. Osoby z dużą ilością dziewiątek w portrecie, muszą najpierw się zaprzyjaźnić i potrzebują dużo czasu zanim przejdą od poznania do silnego zaangażowania uczuciowego. Zatem jeśli naprawdę pani pokocha, to raz na zawsze i na całe życie i scala się ze swoim partnerem tak dalece, że staje się on najważniejszy w związku. Wibracja dziewiątki daje taką właśnie wewnętrzną potrzebę głębokiego przeżywania i ekstremalnego dotykania: jeśli kocham, to bardzo, jeśli się przyjaźnię, jest to przyjaźń odpowiedzialna, lojalna, wierna z chęcią niesienia pomocy. Jeżeli ktoś nadużyje tego zaufania, to choćby na kolanach prosił i tak od niej niczego nie dostanie. – No właśnie to cała ja – poruszyła się. – Cieniem tej wspaniałej wibracji jest jednak odwrotność wszystkich jej pozytywów. Najsilniejszy z nich, trudny do uchwycenia, może pojawić się w relacjach z otoczeniem. Negatywne cechy dziewiątki to impulsywność, upór, skrytość, cierpienie, samotność, podejrzliwość, kochliwość i egocentryzm. To cechy trudne do stworzenia szczęśliwego związku i mówię to pani całkiem otwarcie. Kandydat na pani partnera to musi być osoba cierpliwa, spokojna i uległa. Przytakująca pani pomysłom i niewnosząca słów krytyki i sprzeciwu. Dlatego każdy mężczyzna posiadający mniejsze lub większe „ja” szybko czuje zagrożenie i odwraca się od pani. Różewska chłonęła każde słowo jakby to była mantra. On kontynuował dalej coś rozliczając: – Rozpisując wibrację pod kątem pani imienia i nazwiska, to w wibracji życia wewnętrznego wychodzi mi tutaj piątka, zaś w ekspresji zewnętrznej… jedynka. Ta kombinacja to połączenie dość trudne do zdefiniowania. Osoba o takiej wibracji jest jednostką postępową, pełną entuzjazmu, pomysłową i zdolną do przezwyciężenia wszelkich trudności, jednak układ ten wsparty jest wibracjami sugerującymi skłonności do przesady, wewnętrznego chaosu i zamieszania. Cele życiowe wynikające z połączenia obu wyników mówią mi, że osoby o pani wibracjach są bardzo zapobiegliwe, czujne i rozważne, co często przeradza się w zachowania pełne analizy. Szóstkom brakuje dystansu do życia, dlatego roztrząsają po wielokroć wszystkie decyzje, szczególnie te nieudane, rozmyślają, rozważają i z czasem nie potrafią już o niczym zdecydować. To powoduje trudności w pójściu naprzód. Niespełnione w miłości czy rodzinie szóstki stają się smutne, melancholijne i marudne. Zatem… – Łagodzki spojrzał znad kartki – Sugeruję nie roztrząsać porażek, patrzeć do przodu i nie szukać niczego na siłę… – Tylko… – żachnęła się Różewska i kontynuowała jakby wstydliwie – Ja znalazłam już kogoś nowego. – Tak? – perfekcyjnie udał zdziwienie Łagodzki. Kolejny raz jego przewidywania okazały się trafne. Dlatego mówił o tym patrzeniu do przodu i wyzwaniach – To co się pani nie chwali. – No… Właśnie… Bo ja już sama nie wiem… Czy to wypali? Chyba znam odpowiedź. – To może sprawdzimy? – kontynuował widząc, że Różewska lekko się zatkała, ale z twarzy wręcz biła zapalczywość. Skinęła twierdząco głową, wyraźnie się denerwując. – Datę jego urodzenia pani zna? – Znam. 17 maja… 1971 roku. – No… 19 lat różnicy. Mógłby być jej synem. Może to w końcu ten „Mały Książe” – pomyślał wróżbita. Znów w pokoju dał się słyszeć odgłos rysika. – Wibracja jego urodzenia to dwójka. Cechą najbardziej charakterystyczną dla osób o tej wibracji jest chęć współpracy, takt i zrozumienie innych, co ułatwia im wrodzona dobroć i umiejętność wczuwania się w położenie bliźnich. Są nieśmiałe, skromne, prostoduszne, dyskretne i pozbawione pretensji, a u swoich partnerów szukają oparcia. – Danielku. On właśnie taki jest! – przerwała mu podekscytowana – To taki mój pluszowy misiaczek do tulenia. Zdążyłam już się przyzwyczaić do tego, że lubię rozstawiać swoich mężczyzn po kątach, ale ten… jemu chyba to nawet odpowiada. Nigdy w życiu nie miał kobiety. Mówi, że ja jestem jego pierwszą. Fascynuje mnie w nim ta jego… nieśmiałość, dziecinność. Ale… zastanawiam się czy to to. W końcu ta różnica wieku, czy ona nie będzie przeszkodą? Mógłbyś to Danielku dla mnie sprawdzić w tych swoich gwiazdach? – Numerologia mówi, że optymalnym partnerem dla dwójek jest czwórka lub szóstka. Uzupełniają się. Mniej trójka i piątka. Najlepiej jednak to dwójki łączą się ze sobą, choć w dużym stopniu dwójka jest wibracją typowo kobiecą. Dwójki mogą znaleźć pewne wspólne punkty z siódemką i dziewiątką pod warunkiem, że jeden będzie umiał zachęcić drugiego do bardziej optymistycznego spojrzenia na świat. Typowa dziewiątka jak pani, może stać się dobrym partnerem dla dwójki, pod warunkiem jednak, że oboje bardzo się będą starali i wiele z siebie dadzą. Dziewiątki są bowiem zbyt niezależne i niekonwencjonalne dla rozsądnych dwójek. Teresa Różewska słuchała z pełnym skupieniem. – Sporo pracy zatem i przed panią, aby ujemne cechy swojego charakteru zwyczajnie opanować, by nie wzięły góry nad pani osobowością. Później powinno być dobrze. Kobieta uśmiechnęła się, ale wyraźnie oczekiwała czegoś więcej. – Położymy jeszcze runy, aby sprawdzić, co mówi przyszłość – zaproponował. Wziął w dłoń plik dużych, czarnych kart, potasował i wyłożył na stół trzy z nich, równo obok siebie. Następnie od lewej do prawej, jedną po drugiej odwrócił. Ich oczom ukazały się symbole kreślone prostymi liniami w czerwonym kolorze. Były to runy. Ich zbiór, to magiczny alfabet starożytnych Germanów, a każdy daje rady i wskazówki, jak postępować w trudnej sytuacji lub co się wydarzy w niedalekiej przyszłości. Na pierwszej z kart, które odwrócił widniał symbol złożony z pionowej linii prostej i odchodzących ku górze, od jej prawej strony, pod kątem ostrym, dwóch krótszych linii. Druga karta przedstawiała symbol łudząco podobny do litery N, zaś ostatnia do „kanciastego”, ostro zakończonego P. – Pierwszy z tych symboli to Fehu czyli harmonia, płodność, urodzaj. To symbol o dużym pokładzie energii. Biorąc pod uwagę świeżą pani znajomość doszukałbym się w tym znaku zaczynający się romans. Dosłownie tłumacząc: Istnieją podwaliny urodzaju. Drugi z symboli, to Hagal. On z kolei oznacza kłopoty, niepowodzenie... – zrobił przerwę widząc, że mina Różewskiej zrzedła – Symbole jednak interpretujemy a nie traktujemy dosłownie. Zatem w tym przypadku jeśli zna pani siebie dogłębnie i wie, że problem, który chce rozwiązać, nie ma nic wspólnego z ukrytym wewnętrznie śladem powstałym w trakcie rozwoju duchowego. Symbol ten pomoże w szczęśliwym rozwiązaniu problemu. Ostatni zaś to Wunjo – szczęście i radość. Ta runa może symbolizować niejasne napięcie seksualne, niesie za sobą niebezpieczeństwo rozczarowania jednak przy pani jest wystarczająco dość mocy i odpowiednie oparcie, aby działać, a szczęście pani sprzyja. – No właśnie… Czułam, że to wyjdzie – Różewska nie była tak zadowolona jak się spodziewał – Te napięcie seksualne… To faktycznie… jest – dodała rwanym głosem. – Nie rozumiem. – No bo… Ta różnica wieku. Trochę mnie krępuje. W tych sprawach… Bo ja choć czuję się młodo… To jestem już stara. Daniel Łagodzki spojrzał na nią przenikliwie. Kobieta była rozemocjonowana i jednocześnie ogromnie zawstydzona. Rumieniec zdawał przebijać się przez warstwę makijażu. A więc teraz Teresa Różewska potrzebuje psychologa – pomyślał. – Pani Teresko… – zaczął spokojnie kojącym głosem – Jest pani bardzo atrakcyjną kobietą. Miłość jak i jej fizyczne aspekty nie znają granic wieku. Seks nie jest domeną tylko nastolatków i dwudziestolatków. Proszę się nie krępować o tym mówić ani to robić. Naprawdę nie ma pani podstaw sądzić, że jest nieatrakcyjna. – Tylko, że on jakoś się do tego nie garnie… – Z tego co zdążyłem zauważyć, reprezentuje on typ mężczyzny, który woli być zdobywany, niż samemu zdobywać. Jest zupełnie bierny, bo z pewnością czeka na pani ruch. Pani jest kobietą silną, wyzwoloną. Proszę to wykorzystać i przede wszystkim się nie bać, a będzie wszystko dobrze. Różewska wciąż miała dość zmieszaną minę, jakby nie do końca była przekonana do tego, co usłyszała. Jeśli to cię kobieto nie przekonuje, to niech przemówią karty. – Widzę wątpliwość w pani oczach, zatem specjalnie dla pani zrobimy taką seksualną wróżbę. Przez zatroskaną twarz Różewskiej przemknął nieskrywany uśmiech. Pierwszy tego dnia. To był dla Łagodzkiego sygnał dobrze wykonanej pracy. Tym się właśnie zajmował. Dawaniem uśmiechu, nadziei, rozpędzaniem burzowych chmur. Wbrew pozorom to dużo. Po chwili talia tradycyjnych kart wylądowała na blacie stolika.
Free reading for new users
Scan code to download app
Facebookexpand_more
  • author-avatar
    Writer
  • chap_listContents
  • likeADD