Po wyjściu z klubu poszliśmy z Kamilem do mnie. Starzy już spali, poza tym mieszkanie mieliśmy na tyle duże, a oni byli na tyle rozsądni, że moja prywatność raczej nie stanowiła problemu. Kilka godzin przegadaliśmy, siedząc we dwóch na parapecie otwartego na oścież okna i popalając gandzię. Nie myślałem o jutrze ani o mojej dziewczynie w ciąży, byłem znowu szczęśliwy i beztroski, chyba po raz ostatni w życiu aż tak. Potem razem położyliśmy się spać. Kiedy się obudziłem następnego dnia, jego już nie było. Za to ojciec, który zastał mnie w kuchni przy późnym śniadaniu, popatrzył na mnie dziwnym wzrokiem. – Kto dzisiaj u ciebie nocował? Nie znam człowieka. – Kamil – odparłem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – A Kamil to…? – dociekał. – Kolega. – Bliski kolega? – Nie, dal

