– Sasza… Spojrzałem w końcu na nią i zobaczyłem łzy na jej policzkach. Westchnąłem i wyciągnąłem do niej ręce, żeby się przytuliła. Skorzystała z tej oferty skwapliwie. Chwilę trzymałem ją w objęciach, zanim odsunęła się i zapytała jeszcze raz, tylko już całkiem innym tonem: – Chcesz tego ślubu, prawda? I jak tu jej nie skłamać i równocześnie nie powiedzieć prawdy? – Po prostu nie rozumiem, skąd ten pośpiech i presja – odparłem wymijająco. – Eh… Chodzi o to… – zawiesiła się na chwilę. – Wejdźmy do domu. Dokończyłem na szybko cygaretkę i zwinęliśmy się z balkonu. Usiedliśmy na rogówce w dużym pokoju. – No więc o co chodzi? – zapytałem. – Chodzi o to, że wszystkie moje koleżanki z pracy mają już mężów. Albo miały. Albo mają już drugich. – A ty musisz być taka jak wszystkie? – zapyta

