– Chodzi mi o groby sprzed dwudziestu lat – uściśliłem. – W takim razie stary cmentarz. To w drugą stronę. Powstrzymałem irytację i wprowadziłem w nawigację nazwę wsi i ulicy. Zaparkowałem na rozjeżdżonym poboczu, które pełniło tu rolę parkingu i omijając kałuże podszedłem do bramy cmentarza. Przyjrzałem się rozrośniętym drzewom, chylącemu do upadku ogrodzeniu i odniosłem wrażenie, jakbym kiedyś już to wszystko widział. Wszedłem między nagrobki, ale chociaż na niektórych zauważyłem świeże kwiaty i nadal płonące znicze, to, jak na złość, nie spotkałem żywego ducha. Pozostawało mi szukać nazwiska Dukat na wszystkich płytach i pordzewiałych krzyżach. Zgodnie ze stałą zasadą entropii, znalazłem właściwy grób prawie jako ostatni, w najdalszej z alejek. Tuż pod płotem, za którym było już tylk

