Ponieważ nie zareagowała na moje kroki, oparłem ramię o inne drzewo i popijając stygnącą kawę też spojrzałem na morze. Skarpa miała krawędź o jakieś trzy metry od nas i nic już nie zasłaniało widoku. Pozornie nieskończona tafla spokojnej wody migotała w słońcu. Oczekiwałem rozbijanych z hukiem fal i silnego wiatru, a miałem przed sobą szklany blat. W powietrzu wisiała lekka mgiełka. – O drugiej mam spotkanie w Gdyni – powiedziała pani Neuman. Jej głos na otwartej przestrzeni brzmiał dziwnie słabo. – Zawieziesz mnie do hotelu i odbierzesz o piątej. – Czyli pani jednak chce, żebym dla pani pracował? – nie ukrywałem zdziwienia. – Pracujesz dla mojego męża, nie dla mnie. To już wyjaśniliśmy. – Kto w takim razie będzie mi płacił? – Nie moja sprawa. Pogadaj z nim. Chociaż on też wyjechał.

