Ku mojemu zaskoczeniu pies nie zwracał na mnie uwagi. Chociaż biegał wzdłuż ogrodzenia, ujadając ochryple, wlepiał przekrwione ślepia gdzieś na drogę. Obejrzałem się i niemal od razu dostrzegłem wielkiego kota, zwiniętego w kulę na niskich gałęziach pozbawionego już liści bzu. Poczułem ulgę zmieszaną z irytacją. Dom stojący po drugiej stronie drogi był niemal bliźniaczo podobny do sąsiada, ale jakby lepiej utrzymany. W tym, do którego właśnie podchodziłem, solidne było tylko ogrodzenie. Dach z blachy pordzewiał, a ściany z czerwonej cegły pokrywały zacieki. Kiedy oparłem rower o płot, trzasnęły drzwi i w progu stanął starszy mężczyzna. Zaniedbany tak samo, jak jego dom. – Do mnie? – wrzasnął, przekrzykując ujadanie psa. Zerknąłem do ściskanego w spoconej dłoni zeszytu. – Pani Jadwiga D

